Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 marca 2019

Piąty bieg, czyli zapiski z trasy

Nie czując dni, godzin, lat,
Nie licząc zysków, ani strat,
Okrążamy, opływamy wokół świat.
A jeśli drugi widać brzeg,
Muzyka to najlepszy lek,
Ona jest jak w długiej trasie
Piąty bieg!
Hit Budki Suflera za równe 3 miesiące będzie obchodził swoje 20-lecie. Data wyjątkowa i dla mnie, bo zbiegnie się z jednym z ważniejszych wydarzeń w moim życiu, ale dzisiaj nie o tym, chociaż wszystko jest ze sobą powiązane misternie utkaną siecią decyzji, zdarzeń i uczuć.


Droga, trasa, podróż – to zawsze dawało mi wolność, a odkąd zaczęłam przemieszczać się samochodem, a nie pociągiem, wolność czuję w zdecydowanie większym stopniu. To ja decyduję, kiedy wyjadę i kiedy wrócę. Kiedy będę chciała mieć przystanek, którą drogą wyruszę i czy może przypadkiem nie zboczę z wytyczonej trasy. Mam swoje zwyczaje, rytuały, którymi dzisiaj się z Wami podzielę, bo blog, gdyby nie zima, zarósłby chaszczami.

Planowanie to już nawet nie jest ten etap, że zamykam oczy i ołówkiem celuję w mapę, wybierając kierunek. Teraz większość wypadów jest związana z innymi celami, więc kierunek przeważnie jest znany, czy nawet przez pewne okoliczności narzucony, ale pozostaje cała reszta do zaplanowania według własnego uznania. I tak na przykład – trasa przejazdu. Lubię przed trasą włączyć dużą mapę na komputerze i sprawdzić – gdzie są wykonywane roboty drogowe, podejrzeć stan nawierzchni, porównać znane szlaki z jeszcze nieodkrytymi alternatywami. Następnie zaznaczam fiszkami w atlasie drogowym strony, po których wiedzie moja trasa, by w razie awarii móc szybko się zlokalizować i wybrać ewentualny objazd. Wtedy już wiem, ile może zająć mi droga, więc ustalam godzinę wyjazdu, by było optymalnie. Nigdy nie wyjeżdżam po czasie, z reguły udaje mi się wyjechać trochę wcześniej, niż zakładały plany, tak lubię najbardziej.

A kiedy trasa już zaplanowana, trzeba przygotować się do jazdy i nie chodzi mi tu bynajmniej o ustawienie fotela i lusterek, czy też sprawdzenie płynów ustrojowych w samochodzie. To jest oczywista oczywistość, a chodzi mi raczej o rozwiązania, które ułatwiają funkcjonowanie za kierownicą i umożliwiają maksymalnie wygodną i bezpieczną podróż.


Nie korzystam z nawigacji samochodowej. Postanowiłam to sobie kilka lat temu i kurczowo się tego trzymam. Znam geografię Polski, główne szlaki raczej nie mają dla mnie tajemnic, a GPS w telefonie włączam tylko i wyłącznie wtedy, kiedy dojeżdżam do nieznanego adresu i nie chcę błądzić. Dużo więcej zapamiętuję, jeżdżąc bez nawigacji – zwiększona koncentracja pomaga zapamiętywać charakterystyczne punkty zdecydowanie lepiej, niż rozleniwione podążanie za niebieską strzałką.

Nie rezygnuję jednak całkowicie z technicznych dobrodziejstw. Przede wszystkim przygotowuję słuchawkę bluetooth, by móc bezpiecznie rozmawiać przez telefon. Rozmowa na głośnomówiącym jest dla mnie niewygodna, a kiedy mam pasażerów – bywa wręcz niekulturalna albo niewskazana – np. jeśli dzwoni ktoś z pracy. Słuchawka jest podłączona za pomocą bluetooth do telefonu, a telefon w uchwycie na szybie, by nie było konieczne spuszczanie wzroku z drogi, przy operowaniu sprzętem.

Nieodłączna jest mi także ładowarka do gniazda zapalniczki, dzięki której mogę podładować telefon, a czasami używam także kamerki samochodowej. A kamerka w zasadzie ma same plusy – jedynym minusem może być potrzeba wzmożonej prywatności – kamera nagrywa obraz i dźwięk, więc może zarejestrować treść prowadzonych w samochodzie rozmów. Oczywiście – nic nie stoi na przeszkodzie, by wyłączyć nagrywanie dźwięku, ale czasami muzyka w tle nadaje świetny klimat nagranym widokom, więc jak ze wszystkim – umiar potrzebny.

Muzyka to kolejna ważna dla mnie sprawa. Czasami lubię posłuchać radia, ale zasięg czasami zanika, albo pojawia się szum, kiedy nakłada się na siebie kilka pasm jednocześnie. Lubię śpiewać w samochodzie i, na szczęście dla moich pasażerów, wychodzi mi to całkiem dobrze. Nie wyję bez sensu i nie próbuję śpiewać piosenek w nie moich tonacjach, ale mam kilka hitów, które wykonuję całkiem spoko i są to nie tylko polskie piosenki ;) No, ale nie o tym chciałam, tylko o doborze muzyki. Każdy lubi to, co lubi i nie będę tutaj się rozpływać nad konkretnymi wykonawcami. Uwagę mogę jedynie zwrócić na to, że nie wszystko, co lubimy słuchać w domu, nadaje się do auta. Są utwory, które mnie tak uspokajają, że w samochodzie, w połączeniu np. z wycieraczkami przedniej szyby, skończyłabym ukołysana do snu w jakimś rowie. Mam jednak szczęście, bo o muzykę od pewnego czasu się nie martwię – dostarcza mi ją M. Jest to przeważnie deep house – spokojne, ale o dużym ładunku energetycznym utwory, które odprężają ucho, a jednocześnie nie powodują senności za kółkiem. Chyba nie ma nic piękniejszego, niż dobra muzyka towarzysząca pierwszym promykom nowego dnia gdzieś na dwupasmowej autostradzie...


A teraz chyba najfajniejsza sprawa – rytuały drogowe. Bo to jest właśnie to, co lubię najbardziej w trasach. Oczywiście: planowanie, przygotowanie techniczne, sprawdzenie sprawności auta, to jest ważne i to lubię, ale smaczku nadają właśnie te nieformalne, tylko moje małe przyzwyczajenia, które dają mi radość, uciechę, przyjemność i definiują podróż jako MOJĄ. W zależności od kierunku, mam swoje ulubione miejsca, na których robię przerwy. Uprzedzam od razu, że wpis w żaden sposób nie jest sponsorowany i nie będę linkować opisywanych miejsc. Jeśli ktoś będzie chciał, sam sobie poszuka ;)

Lubię kawę i jestem od niej uzależniona od 10 lat. Czarna, mocna, niesłodzona, z tak zwanym gruntem – bez niej nie wychodzę z domu, jednak spożycie takiej rano nie stoi na przeszkodzie, by po kilkudziesięciu kilometrach zrobić w trasie postój na kolejną kawę, z ekspresu. Kierunek jazdy nie stanowi problemu, bo stacje Orlenu są wszechobecne, a ja właśnie od nich najbardziej lubię kawę. Kiedyś nawet kupiłam ziarenka od nich, ale zmielone i zalewane wrzątkiem już nie miały takiego smaku jak te parzone w ekspresie. Kawa z sieci tych stacji w połączeniu z hot-dogiem to smak moich podróży. Że niewyrafinowany? Cóż ja mogę ;) Rzadko jeżdżę, ale jak już jadę, to z przytupem, bo daleko, to mogę sobie pozwolić, ale to nie wszystko. A najczęściej pierwsza przerwa jest w Białym Borze przy rondzie – jest równe 100 km od domu i jest to najlepszy moment na pierwsze wyprostowanie nóg.

Jeśli kierunek wiedzie przez Bydgoszcz, mam swoje miejsce na obiad. Pod samym miastem w miejscowości Stopka znajduje się przydrożna restauracja Rożen-Skansen Stopka (przy DK 25). Wielokrotnie miałam okazję tam jeść i grillowane mięso czy kiełbaski są po prostu nie do przebicia, bez względu na porę roku, a dodatki takie jak ogórki małosolne czy niespotykany nigdzie indziej czosnkowy sos o czerwonym kolorze przynoszą kolejną radość kubkom smakowym. Cena odpowiednia do ilości i jakości.

Ostatnio sporo jeżdżę w kierunku kaszubsko-kociewskim, a tam natomiast mogę polecić sieć barów mlecznych Papudajnia. Placówki znajdują się w wielu miejscowościach tego regionu i warto sprawdzić na ich stronie, czy przypadkiem jakaś nie znajduje się na naszej trasie. Ja stołowałam się w Czarnej Wodzie (przy DK 22, trasa Chojnice-Starogard Gd.)  i w Skarszewach – jedzenie świeże, domowe, urozmaicone i w ogromnej ilości za naprawdę śmieszne pieniądze. Nawet moi koledzy z wojska czasami nie mogli podołać wielkości posiłku ;)

W centrum Polski zaś mogę polecić Restaurację Gościniec przy DW 579, dokładnie w połowie drogi między miejscowością Błonie a węzłem Grodzisk Mazowiecki autostrady A2. Domowe jedzenie, dobre ceny, a nawet możliwość przenocowania w schludnych warunkach i zrobienia zakupów w sklepie tuż obok.

Poza tym mam wiele punktów charakterystyczno-orientacyjnych, dzięki którym po prostu czuję się jak "u siebie". I tak na przykład w Bobolicach jest skrzyżowanie krajowej jedenastki z DK25 i najczęściej skręcam na rondzie właśnie na 25, by za kilkadziesiąt kilometrów minąć Zajazd Ostoja w Sporyszu z wolierami dla różnorakich zwierząt. W samym Człuchowie też skręcam w lewo, a jak wracam do domu, to w prawo, chociaż ostatnio na światłach się zagadałam i pojechałam prosto – na szczęście, bo przed zawróceniem zrobiłam małą pauzę i się okazało, że jeden słoik z przetworami nie wytrzymał i puścił. Było pucowanie bagażnika z czereśniowego kompotu ;)

Przy ładnej pogodzie, kiedy czasami już nawet nie piąty, a szósty lub ósmy bieg jest w użyciu, szkoda mi się zatrzymywać i wytracać prędkości. Spokojna i szybka droga wyzwala we mnie endorfiny. Nie to, że lubię szybką jazdę – adrenalina za kierownicą to kiepski dodatek według mnie, ale ją takie obroty silnika i takie wskazania prędkościomierza, które budzą we mnie radość życia i pełne odprężenie. Lubię przycisnąć pedał gazu, kiedy warunki na to pozwalają, kiedy czuję się dobrze i wiem, że mogę sobie na to pozwolić.

Czasem jednak zaciekawi mnie coś przy drodze, drogowskaz lub drogowy znak, dzięki któremu spuszczam nogę z gazu, a czasami zjeżdżam na przydrożny parking. Albo żeby wygrzać się na słońcu, lub zrobić śniegowego bałwana. Zapalić papierosa albo po prostu – odetchnąć, jeśli tylko mam na to czas i ochotę.


Jazda – jedna z rzeczy, która naprawdę sprawia mi radość i daje odprężenie. Prowadzenie to dla mnie przyjemne z pożytecznym, dlatego też zdecydowałam, że chcę to robić zawodowo. Klamka zapadła, przede mną wiele zmian, ogromny skok na głęboką wodę i chociaż nie potrafię pływać, za kółkiem czuję się jak ryba w wodzie, nawet w ruchu lewostronnym, i mam nadzieję, że nadchodzące miesiące przyniosą mi ogromną satysfakcję nie tylko z samej pracy, ale i właściwie podjętych decyzji. :) 

piątek, 27 lipca 2018

Maraton Szlakiem Solnym

Karlino to niewielkie miasto w powiecie białogardzkim, oddalone od Kołobrzegu o niecałe 30 km. Liczy sobie niecałe sześć tysięcy mieszkańców, ale to w ogóle nie stoi w opozycji do poziomu zdarzeń, jakie mają miejsce nie tylko na terenie miasta, ale także w dość znacząco rozciągniętej okolicy. Jedną z oddolnych inicjatyw społecznych jest karliński klub biegaczy KarlinoBiegaj. Jak sami o sobie piszą, to "grupa biegaczy z Karlina i okolic utworzona by skupić osoby biegające do wspólnych treningów i wyjazdów na imprezy biegowe w regionie." Nie miałabym szans na poznanie tego projektu jak i jego uczestników, gdyby nie mój kumpel z kompanii, który wielokrotnie opowiadał o udanych treningach, niosących nowe kilometry i kolejne życiowe rekordy. Kiedy dla mnie wyzwaniem jest złamanie 5 minut na jeden kilometr biegu egzaminacyjnego, oni popołudniu biegną 10 bez zadyszki. Kiedy ja się zastanawiam, czy zrobić małą rundę rowerem po mieście - oni biegną półmaraton po ścieżkach gminy Karlino i... myślą o kolejnych przedsięwzięciach. I z chęci kolejnego rekordu wziął się projekt, o którym dzisiaj Wam opowiem.
Plakat wydarzenia, ©KarlinoBiegaj
Piotrek już dawno wspominał, że ma ochotę na maraton, ale ze względu na specyfikę służby, trudno cokolwiek zaplanować z wyprzedzeniem, a wszelkie zorganizowane imprezy biegowe mają limity miejsc i na ostatnią chwilę trudno się załapać. Pomyślał więc, że skoro należy do KarlinoBiegaj, znajdzie chętnych na... organizację grupowego maratonu! Jak pomyślał, tak zrobił. Jego pomysł został przyjęty pozytywnie, pozostało więc ustalenie terminu i trasy, przygotowanie treningowe i realizacja planu.
Ekipa w Karlinie na dworcu, ©SundayBikers Karlino Team, 22.07.2018 r.
W drodze do marzeń, ©KarlinoBiegaj, 22.07.2018 r.
22 lipca 2018 roku grupa sześciu biegaczy KarlinoBiegaj i trzech rowerzystek z SundayBikers Karlino Team wyruszyła pociągiem do Kołobrzegu, by dotrzeć na miejsce startu - pod kołobrzeską latarnię morską i stamtąd, historycznym Szlakiem Solnym ruszyć w kierunku Karlina. Trasa Maratonu biegła ścieżką rowerową zbudowaną na nasypie dawnej kolejki wąskotorowej łączącej oba miasta. 
Tuż przed startem, ©KarlinoBiegaj, 22.07.2018 r.
Równo o ósmej rano ekipa, w asyście dziennikarza białogardzkiego serwisu informacyjnego Info Białogard, wyruszyła ku biciu kolejnego rekordu. Uczestniczyłam w tym wydarzeniu, bo lubię takie wyzwania i lubię ludzi, którym chce się chcieć, a takimi zdecydowanie są zarówno karlińscy biegacze, jak i rowerzystki. A poza tym Piotrek motywuje mnie na każdym biegowym treningu, więc dlaczego ja miałabym nie dopingować go w realizacji tak ambitnego planu? A skoro już mam kamerę, postanowiłam także z niej zrobić użytek i nagrać całe to wydarzenie.
Tak wojsko spędza wolny czas, ©SundayBikers Karlino Team, 22.07.2018 r.
KarlinoBiegaj Maraton, ©SundayBikers Karlino Team, 22.07.2018 r.
Trasa była pusta i biegacze nie przeszkadzali rowerzystom. Założyli, że nie będą się zatrzymywać ani maszerować. Ponad 42 km ciągłego biegu, kto by to wytrzymał? Ano właśnie! Wytrzymali, mimo wysokiej temperatury i biegu praktycznie cały czas w słońcu. Tempo również zostało utrzymane na bardzo wysokim poziomie - ja starałam się być cały czas z przodu, ze względu na nagrywanie, ale rowerzystki po zrobieniu małego pikniku na 13. km trasy, dogoniły peleton dopiero po 6 km. Około 11. km dołączył do nas członek rowerowego zespołu z Karlina i od tamtej pory ekipa liczyła 11 osób. 
Półmaraton za nimi, a oni nadal uśmiechnięci i pełni sił!, ©SundayBikers Karlino Team, 22.07.2018 r.
Niestety nie miałam możliwości finiszowania pod karlińską halą sportową, bo po 30 km wspólnej gonitwy odbiłam w stronę Kołobrzegu i okrężną drogą wróciłam do punktu wyjścia. Do Karlina dobiegło pięciu biegaczy, którzy w cudownych nastrojach zostali powitani jak królowie życia - szampanem. 

Czy po nich widać, że mają w nogach ponad 42 km?!, ©KarlinoBiegaj, 22.07.2018 r.
Wynik maratonu, screen z Endomondo
Moja pętla, screen z Endomondo
Na niesamowity aplauz i wyróżnienie zasługuje pan Adam, który tego dnia pobił swój rekord życiowy i pokazał niezłomny charakter. Założył, że cały bieg pokona równym tempem 6 minut i to mu się mistrzowsko udało. Naprawdę trzeba ogromnej wprawy, aby dystans 30 km od początku do końca przebyć równym tempem i to tym wstępnie założonym. Udowodnił, że w bieganiu siła mięśni to jedno, ale praca głowy to podstawa. Bez głowy, nie uda się nic.
Rekord pana Adama, screen z Endomondo
Na koniec serdecznie chciałam podziękować KarlinoBiegaj oraz SundayBikers Karlino Team za świetnie spędzoną niedzielę oraz udostępnienie zdjęć do wpisu. No i za powitanie pod latarnią. Zaskoczyliście mnie bardzo, że na hasło "Marchevka" zgodnym chórem niemal krzyknęliście "Ach, TA Marchevka!". Podbudowaliście mnie niesamowicie.
Z Piotrkiem dziękujemy również naszym kolegom - Jackowi i Łukaszowi - którzy zgodzili się spędzić ten słoneczny weekend w pracy, umożliwiając nam wyruszenie na trasę po kolejne rekordy.

A dla osób, które nie korzystają z Fb, wstawiam filmik z wydarzenia. Był ogień!

poniedziałek, 19 lutego 2018

1% ma znaczenie!

Nadszedł czas corocznego rozliczenia podatku dochodowego, czyli potocznie mówiąc "rozliczenia PIT-a". Od kilku dobrych lat prawo podatkowe pozwala na przeznaczenie 1% podatku na wybrany dowolnie cel charytatywny. Należy zaznaczyć, że my, podatnicy, nie tracimy nic, bo ten 1% już został nam potrącony, a my jedynie możemy zadecydować, czy trafi on do Skarbu Państwa, czy do osoby, stowarzyszenia bądź fundacji, która dzięki darowiznom może osiągnąć cele zdrowotne, rehabilitacyjne, bądź statutowe. Osób potrzebujących wokół nas jest sporo, tak samo jak organizacji, które dzięki własnym środkom i ludziom dobrej woli mogą realizować swoje założenia programowe. Trudno jest wybierać i trudno komukolwiek cokolwiek narzucać. Sprawa, szczególnie jeśli chodzi o osoby prywatne, jest dość delikatna zarówno dla obdarowujących, jak i dla obdarowywanych. Serc potrzebujących pomocy jest wiele, rąk do pomocy niestety mniej. Wokół mnie jest tyle bliskich mi inicjatyw, a procent tylko jeden, przez co niestety, nie każdemu da się pomóc w jeden, określony sposób. Niemniej - spróbuję przedstawić Wam opcje, zapoznać Was z ludźmi i inicjatywami, wobec których może ktoś z Was nie przejdzie obojętnie.

Fundacja Pomocy Osobom Niepełnosprawnym „Słoneczko”
Numer KRS: 0000186434
Cel szczegółowy: DANIEL HRYCIÓW 19/H
Daniel jest synem mojej koleżanki z pracy. Chłopiec ma 12 lat i urodził się z Zespołem Downa i innymi, towarzyszącymi wadami. Jest radosnym chłopcem i mimo problemów ze zdrowiem, bardzo ciekawym świata. Nasz 1% może pomóc w terapii sensorycznej a także zebraniu niezbędnych środków na turnus rehabilitacyjny wspomagający sprawność psychoruchową.

Fundacja Dzieciom "Zdążyć z Pomocą"
Numer KRS: 0000037904
Cel szczegółowy: 13350 Piechuta Ewelina Łucja
Ewelinę poznałam latem na kołobrzeskiej plaży. Dziewczyna jest zakochana w Kołobrzegu, mimo że mieszka w samym środku Polski - dosłownie! Urodziła się z dziecięcym porażeniem mózgowym, a rehabilitacja, która jest możliwa dzięki darowiznom na 1% umożliwia jej normalne życie codzienne.

Fundacja Pomocy Osobom Niepełnosprawnym „Słoneczko”
Numer KRS: 0000186434
Cel szczegółowy: 442/P
Niedźwiadek Koala to osoba jedna z nas... Kto? Jest to osoba dorosła, prowadząca bloga, członek Kneziowiska. Tyle wiemy. I więcej nie potrzeba. Wiadomo tylko, że każdy nasz procent to szansa na zahamowanie choroby. Jeśli chcesz więcej informacji i zapoznania się z "misiową zagadką", zajrzyj na Kneziowisko.

Fundacja DKMS
Numer KRS: 0000318602
DKMS - fundacja ratująca rocznie setki istnień. Nie zdawałam sobie sprawy z ogromu kosztów, póki sama nie zetknęłam się z osobiście z tematem. Same badania genetyczne ze sławnych patyczków to koszt kilkuset złotych. A potem typizacja potwierdzająca, badania dawcy, samo pobranie plus dojazd, wyżywienie i zakwaterowanie dawcy na ten czas. Kręci się w głowie od tych kwot... A realnie pomóc może Twój mały, ale jakże istotny procent.

Stowarzyszenie AZBEST-STOP
Numer KRS: 0000282353
Kiedy powstawały bloki z tzw. wielkiej płyty, nikt nie był świadom, że pył azbestowy jest rakotwórczy. Poza tym nikt naszym domom nie dawał więcej istnienia jak 20-30, a za chwilę minie 40 lat, odkąd powstał blok, w którym spędziłam prawie całe moje życie. Stowarzyszenie "Azbest STOP" powstało i działa w Kołobrzegu na rzecz wspólnot i spółdzielni mieszkaniowych w celu pozbycia się z blokowisk trujących składników budowlanych.

Stowarzyszenie Wspierania i Rozwoju
Schroniska dla Zwierząt 
w Kołobrzegu REKS
Numer KRS: 0000287972
Zwierzęta nie poradzą sobie bez wsparcia ludzi. Pozostawiam zupełnie na boku wszelkie animozje, których adresatem stało się schronisko. Nie wnikam w konflikty, które mnie nie dotyczą. Wiem jedno - w schronisku pracują ludzie i tylko ludzie, ze swoimi wadami i zaletami, ale zawsze kierujący się dobrem i potrzebami zwierząt. Próbują najlepiej jak potrafią zapewnić godne warunki psom, kotom i innym futrzakom, które trafiają w ich progi. Schronisko to nie dom, ale możemy sprawić, że zwierzaki będą miały ciepłe posłania i pełne brzuszki.

Może ktoś z Was jeszcze się waha, komu i czy w ogóle pomóc? Decyzję pozostawiam Wam - nie czujcie się zobowiązani do informowania mnie o czymkolwiek. Po prostu - może ktoś z Was zechce, może poczuje potrzebę, może... To Wasza prywatna, wręcz osobista sprawa. Dziś tylko podsuwam pomysł, jeśli ktoś się jeszcze waha, albo nie ma pomysłu. Ja swój procent już przekazałam i myślę, że nie jest istotne, komu - ważne, by pomóc i zwyczajnie nie zmarnować tej możliwości.

piątek, 20 października 2017

Historia pewnej poduszki, która z Sosnowca, przez Warszawę do Kołobrzegu dotarła :D

Kilka miesięcy temu dostałam pewien ważny telefon. Po rozmowie mój świat na chwilę stanął na głowie. Dwa miesiące temu doszło do pojedynku ostatecznego – zostałam dawcą komórek macierzystych dla osoby chorej na nowotwór krwi.

Kiedy jechałam do szpitala, okazało się, że nikt z moich bliskich nie może mi towarzyszyć w tym czasie. W akcie desperacji wstawiłam informację na FB, z zapytaniem, czy może ktoś… I pojawiła się taka osoba. Nie zważała na to, że musi zostawić firmę pod opieką męża, który zajmuje się logistyczną stroną działalności gospodarczej. Nie zważała na to, że jeśli mąż będzie musiał pilnie wyjechać, sklep zostanie zamknięty podczas jej nieobecności, a co za tym idzie – nie zarobi. Kto prowadzi własną firmę, doskonale zna konsekwencje takich poczynań. Jednak w tamtym czasie dla tej osoby pieniądze nie były ważne. Zadzwoniła i powiedziała: Natalia, nie martw się, przyjadę i będę z Tobą.

Po tamtych wydarzeniach została mi legitymacja dawcy przeszczepu, świetne wspomnienia z hotelowych wpadek ;) oraz… cudowna, kolorowa i miękka poduszka, którą dostałam od Matyldy, bo to właśnie ona towarzyszyła mi podczas pobrania w klinice. Zawodowo zajmuje się szyciem cudeniek dla dzieci, ale mięciutką podusią nie pogardzi przecież nikt. I do tego tak piękną i miękką, szytą tylko i wyłącznie dla nas. Mówię Wam, ta poduszka uratowała mi życie – w okropnym bólu musiałam przejechać pół Polski samochodem i poduszka zdecydowanie podniosła komfort podróży i przyniosła spokojny sen.


Dlaczego o tym piszę? Ponieważ Matyldę-Basię i jej męża, Grzegorza, znam osobiście od kilku lat, a ostatnio wydarzyło się coś, przez co ich świat stanął kompletnie na głowie. Basia kilka miesięcy temu pomogła mi, dzisiaj ja włączam się w blogową akcję promującą jej rękodzieło. 

Grzegorz w czasie wykonywania zadań służbowych uległ poważnemu wypadkowi samochodowemu. Pojazd, ich narzędzie pracy i logistyczne zabezpieczenie działalności, został całkowicie skasowany. Jemu samemu, można stwierdzić, że nic się nie stało, poza złamanym mostkiem. Basia z Grześkiem przeżywają teraz trudne chwile, bo chcieli by dużo, ale stan zdrowia i brak możliwości zawieszają ich w próżni. Póki nie zakończy się postępowanie ubezpieczeniowe i Grzegorz nie wróci do zdrowia, są całkowicie zablokowani – nie mają możliwości rozliczenia się z kontrahentami za sprzedany towar, nie mogą dostarczyć kolejnych partii do punktów dystrybucji.

Oboje są jednak ludźmi tak honorowymi, jak i pracowitymi. Nie chcą nic za darmo, mają swój biznes. Prowadzą stacjonarny sklep z artykułami dla dzieci w Sosnowcu, a ponadto posiadają sklep internetowy, który zasięgiem obejmuje znacznie większe terytorium, bo po wcześniejszym ustaleniu istnieje możliwość także wysyłki za granicę. Dodać należy, że każde zamówienie ustalane jest indywidualnie i można zamówić rozmiary niestandardowe. Chodzi o to, żeby to rozkręcić, zainteresować szersze grono odbiorców. Zwiększony obrót w sklepie zapewniłby im byt, umożliwił opłacenie wszystkich niezbędnych składek i zwyczajne utrzymanie się.

Ukradłam od Matyldy z fanpage, moje zamówienie w stanie rozłożonym ;), ©Matylda
Zbliżają się święta Bożego Narodzenia, czas prezentów, o których warto zacząć już myśleć ;) Nie przesadzam, właśnie dziś dostałam paczkę dla swojego chrześniaka. Pomyślałam, że jeśli mam mu kupić kolejną zabawkę, która za moment trafi do kąta albo setny kaftanik, który mama założy mu raz albo wcale, to wolę… zapewnić mu kolorowe sny w pięknej pościeli z mięciutkiej bawełny. :)
Zapraszam do lajkowania, zapoznawania się z ofertą, a przede wszystkim do… zamawiania. To jest polska produkcja, zaufana marka, oryginał, którego nigdy nie spotkasz w markecie, a wszystko estetycznie i zgrabnie zapakowane. Myślę, że warto. Ja z całego serca polecam!

 
A to moje zakupy :) Pięknie, kolorowo, estetycznie, ach!

piątek, 15 września 2017

Szlakiem hotelowych trzech gwiazdek

Na wstępie zaznaczę: nie jest to wpis w żaden sposób sponsorowany. Nie jestem także znawcą tematu ani żadnym koneserem. Tak się złożyło, że kilkukrotnie w tym roku zdarzyło mi się mieszkać w różnych hotelach i różnych okolicznościach, co zamierzam Wam pokrótce opisać. Tak dla informacji - jak to wygląda. Opiszę tylko to, czego doświadczyłam sama, a we wpisie zamieszczę linki do witryn, gdzie można poznać szczegółowy cennik samej usługi hotelowej, jak i dodatkowych opcji.


Lokalizacja w sam raz dla żołnierzy i pacjentów szpitala wojskowego, ewentualnie sportowców. Hotel mieści się bowiem kilkaset metrów od siedziby 1 Pomorskiej Brygady Logistycznej i tyleż od 10 Wojskowego Szpitala Klinicznego, a równiutki kilometr od siedziby Cywilno-Wojskowego Klubu Sportowego Zawisza i stadionu.

Mieszkałam w pokoju dwuosobowym z jednym podwójnym łóżkiem, które miałam calutkie dla siebie (haaaa!). Do dyspozycji miałam także małą toaletkę z lustrem, biurko, stolik, krzesła i dużą szafę. Telewizor posiadał poszerzony pakiet kanałów, w hotelu dostępne było bezpłatne wi-fi, które pracowało z dobrą prędkością (to znaczy, że w telefonie internet się nie zawieszał i bez problemu udźwignął rozmowę głosową przez Messenger). Na stoliku była woda mineralna butelkowana oraz szklanki codziennie wymieniane przez obsługę.





Łazienka czysta, z suszarką do włosów. Dla gości przeznaczone były pakiety kosmetyków w postaci miniaturowego mydła i buteleczki z szamponem. Wymiana ręczników odbywała się na wyraźną prośbę gościa: według instrukcji czysty ręcznik należało powiesić na wieszaku, natomiast zużyty przeznaczony na wymianę - zostawić na podłodze.



Korzystałam tylko ze śniadania w hotelowej restauracji, które było wliczone w cenę noclegu. Nie robiłam zdjęć, bo zdawało mi się to krępujące - był to wyjazd służbowy, zatem nie miałam przy sobie aparatu fotograficznego, natomiast latanie ze smarfonem nad stołem szwedzkim jawiło mi się jako coś zdecydowanie nieprofesjonalnego. Musicie uwierzyć na słowo - jedzenia nie zabrakło, panie kelnerki uwijały się jak w ukropie. Było kilka rodzajów pieczywa (różne opcje chleba i bułek), na ciepło kiełbaski, jajecznica, parówki, naleśniki. Duży wybór wędlin i serów, do tego świeże warzywa, sałatki, jajka. Serwowana była także kawa i herbata w różnych wariantach oraz soki owocowe. Goście mogli liczyć na całkiem niezły wybór ciast oraz owoców.


Jak już sama nazwa wskazuje - hotel położony na warszawskim Okęciu w sąsiedztwie Lotniska Chopina. Znacznie oddalony od centrum Warszawy, przez co atrakcyjny raczej dla osób mających interesy w tej części stolicy, bądź też dla oczekujących na lot.

Pokój z definicji miał być dwuosobowy, jednakże po ustaleniach poczynionych w recepcji okazało się, że spokojnie wyspałyby się w nim trzy (a na upartego i cztery) osoby. W dyspozycji było bowiem jedno dwuosobowe łóżko oraz rozkładana sofka, która wyglądem przypominała łóżko szpitalne. W pokoju znajdowało się także biurko i telewizor, podobnie jak w bydgoskim hotelu, a także sprawne wi-fi (sprawdzone w taki sam sposób). W szafie wnękowej schowana była deska do prasowania i żelazko, krzesełko pod prysznic oraz sejf z zamkiem cyfrowym. Co było zaskakujące, na stoliku znajdował się ekspres do kawy oraz czajnik elektryczny wraz z zapasem różnego rodzaju herbat i kapsułek z kawą oraz cukier. Standardowo była także butelkowana woda mineralna.




Łazienka na pozór czysta, jednak prysznic dość niepraktyczny - szklana przesłona nie dawała odpowiedniego zabezpieczenia przed zalaniem, albo to Marchev chlapie się jak kaczka... Zamiast wydzielonych kosmetyków, zamontowane były spore dozowniki. Pod prysznicem trzy, zawierające szampon, odżywkę oraz balsam do ciała, natomiast przy umywalce z balsamem do ciała i mydłem do rąk. Obieg zużytych ręczników podobnie, jak w Maratonie. Do dyspozycji także suszarka do włosów.





Śniadanie było wliczone w cenę hotelu, ale i tym razem nie miałam ze sobą aparatu, bowiem wyjazd był związany z oddaniem szpiku dla osoby potrzebującej, więc byłam raczej przejęta kwestiami zdrowotnymi, niż turystycznymi. Z Tuv, która mi towarzyszyła, stwierdziłyśmy jednak zgodnie, że menu jest bardzo bogate. Duży wybór dań na ciepło (tak jak powyżej plus smażone plastry boczku). Różne rodzaje dodatków do mleka (płatki kukurydziane, owiane, musli i inne), bogaty wybór świeżych owoców, warzyw, gorących napojów sprawił, że każdy z międzynarodowej mieszanki gości hotelowych znalazł coś dla siebie i raczej nikt nie wyszedł z restauracji głodny.


Hotel położony 2 km od centrum Gdańska i 10 km od Lotniska im. Lecha Wałęsy. Mimo odległości, dojazd samochodem nie stanowił żadnego problemu. Położony w zacisznym miejscu gwarantuje odpoczynek w komfortowych warunkach nawet po bardzo długiej podróży.

Przy rezerwacji wybrałam pokój dwuosobowy w wersji DeLuxe. W tym pakiecie pokój wyposażony jest w klimatyzację. Standardowo, do dyspozycji gości, jest biurko z fotelem, stolik, telewizor oraz wi-fi, które działa dobrze. Przestronna szafa oraz półki na ubrania są dużym ułatwieniem w organizacji hotelowego życia. Można skorzystać z sejfu, a także minibarku - zużycie rozliczane w recepcji.  Na dole szafy znajdowały się niezbędne akcesoria, które mogą uratować życie w podbramkowej sytuacji: igielnik i zestaw do czyszczenia butów, a także worek na brudną bieliznę, którą, za dodatkową opłatą, można oddać do pralni. Można było korzystać z czajnika i bogatej oferty herbat, jednakże do dyspozycji były jedynie malutkie filiżanki, co było dość problematyczne dla koneserów parującego... kubka ;)









W łazience standardowo - była suszarka do włosów, a wraz z ręcznikami na umywalce leżał też pakiet z czepkiem kąpielowym. Nie otwierałam, ale byłam ciekawa, czy jest tam jedna czy dwie sztuki. Jak jedna, to byłoby ciągnięcie zapałki: kto pierwszy się kąpie :) Kosmetyki i tutaj nie były porcjowane, a w dozowniku umieszczony był uniwersalny żelo-odżywko-szampon do mycia. Niestety kafelki w ciemnym kolorze sprawiły, że w pomieszczeniu było dość ciemno i efektu tego nie zniwelowały nawet dodatkowe źródła światła przy lustrze.



Śniadanie porównywalne do bydgoskiego Maratonu, jednakże na tutejszym stole zagościły dodatkowo ryby: śledziki, łosoś wędzony, pasta z makreli i zapewne to nie wszystko. Zdjęć nie ma, bo zamiast rozglądać się za jedzeniem, wolałam wpatrywać się w najpiękniejsze oczy świata. Ale głodna nie wyszłam, bo przy tak bogatym menu było to zwyczajnie niemożliwe, nawet będąc szalenie zakochaną.

Podsumowanie

Jak można zauważyć, standard wyposażenia pokoi w hotelach oznaczonych trzema gwiazdkami zbytnio nie odbiega od siebie. Poza drobiazgami typu barek czy porcjowane kosmetyki w łazience, nie ma zbyt wielu różnic. Najbardziej zauważalne były rozbieżności w menu śniadaniowym. W tym kontekście zdecydowanie na pierwsze miejsce wysuwa się warszawski hotel, jednak i w pozostałych dwóch nie można zbyt wiele ująć. Bezpłatne wi-fi stało się oczywistym standardem. Bezpłatny parking oferuje Amber Hotel oraz Hotel Maraton. W Hampton by Hilton Warszaw Airport parking nie jest wliczany w cenę noclegu.

Obsługa w każdym obiekcie na wysokim poziomie, jednak w Gdańsku zdarzyło się, że pan konserwator nie wiedział, że pokój już jest zajęty i wszedł do środka za pomocą uniwersalnej karty. Konsternacja moja, a jego wręcz przerażenie powiedziały wszystko. Przeprosił i wycofał się, nim zdążyłam zareagować, a on prawdopodobnie przyszedł z drabiną wymienić żarówkę, która się przepaliła. Nie winię go jednak, bo mogła do niego nie dotrzeć informacja - w pokoju zdążyłam zdjąć tylko plecak z pleców (i na szczęście tylko to!) :) Trudno, wymienił pewnie po naszym wyjeździe.

W warszawskim Hampton by Hilton dodałabym w windzie naklejkę, że przed wybraniem piętra należy przyłożyć kartę do czytnika. Ja próbowałam przez kilka minut wjechać na moje piętro, aż w końcu wpadłam na pomysł, że ten czytnik nie jest zamontowany dla ozdoby. Przez dwa dni pobytu spotkałam jeszcze dwie rodziny, w tym jedną niepolskojęzyczną, które zgubiły się w windzie podobnie jak ja. A i Tuv miała przeboje w tej kwestii.

Odnośnie bydgoskiego Maratonu ciężko mi cokolwiek dodać, bowiem nie miałam wobec tego miejsca żadnych oczekiwań poza jednym: porządnie się wyspać przed zawodami oraz wykąpać się w dobrych warunkach po piekielnych godzinach spędzonych na kortach i to otrzymałam. No, może trochę brakowało czajnika na wyposażeniu pokoju - jednak wieczorna herbatka by się przydała.

We wpisie zawarłam chyba już wszystko co wiem, jednakże jeśli macie pytania odnośnie powyższych obiektów, chętnie odpowiem w granicach własnej wiedzy i doświadczenia. A na pytanie, czy polecam te hotele czy nie, odpowiem tak: gdyby mi przyszło znów nocować w którymś z tych miast i byłoby to możliwe, nie szukałabym nowych wrażeń tylko wróciła do już sprawdzonych miejsc.

Pozdrawiam!

niedziela, 4 czerwca 2017

Udanych wakacji!

Bloguję od prawie 12 lat w różnych formach. I każdej formy nadchodził kres, prędzej czy później. Marchev założona była, żeby pokazać, jak pięknie spełniać się mogą marzenia - upragniony wyjazd do Krakowa w 2013 roku był impulsem do założenia strony. Myślałam, że z końcem wakacji blog umrze. Nie umarł, a rozwinął się, jakbym sobie w snach najśmielszych nie wyobrażała. I kręciło się to siłą rozpędu, była super zabawa, wrażeń moc, nieprzespane noce w pociągach i buty zdarte od wielokilometrowych wędrówek.
Od pewnego czasu jednak wyjazdy mi nie wychodzą, nie wspominając już o opisywaniu ich. Wszystkie cykle roczne zaczynałam i kończyłam, nawet kiedy wyjechałam na wiele miesięcy bez dostępu do komputera. W tym roku viator Pomeraniae rozpoczął się i zakończył jednym wpisem w styczniu i nie ma szans na więcej. Nie mam czasu na chodzenie po blogach, więc i u mnie statystyki umierają. Nie mam woli, żeby o to zabiegać.
Chwilowo znikam, muszę chyba nabrać dystansu i zatęsknić. Bo im bardziej chcę, tym mniej wychodzi. Kiedy okazuje się, że pisanie zamiast iść jak zawsze - gładko i z uśmiechem, budzi frustrację, bo niemoc twórcza zwycięża - to znak, że coś jest mocno nie w porządku.
Często było tak, że gdy odwieszałam poprzednie blogi na kołek, wena w końcu wracała, ale już nie było gdzie wracać. Mam nadzieję, że tym razem też wróci, bo szkoda wspomnień, zdjęć, wrażeń, więc, nauczona doświadczeniem, niczego nie usuwam, nie kasuję. Jestem ciągle dostępna, ale pasywnie.
Wrócę. Bo Marchev jak Piła - była, jest i będzie.
Życzę udanych wakacji, mam nadzieję, że może jesienią się spotkamy i będziemy mieli sobie więcej do opowiedzenia.

Pamiętajcie - nie wyprzedzajcie na podwójnej ciągłej, nie kąpcie się w niestrzeżonych miejscach, nie zbaczajcie ze szlaków. Chcę Was wszystkich po wakacjach zobaczyć w komplecie :):)
Wasza Marcheva.
Pomnik Rodła, Piła, ©Marchevka, 13.05.2017 r.

piątek, 9 grudnia 2016

Zachodniopomorskie '16 - Podsumowanie

Miałam się wstrzymać z tym podsumowaniem, ale dzisiaj okazało się, że już nigdzie w tym roku nie wyjadę, a to, czego nie opisałam teraz, opiszę w przyszłym roku w ramach nowego cyklu, nad którym pracuję. Jak widać po tegorocznej historii, wyjazdów było zdecydowanie mało i zdecydowanie bliskie. Złożyło się na to kilka czynników.


Chwila marudzenia
Przede wszystkim - brak czasu. Pamiętam, jak kiedyś z Tomikiem siedzieliśmy na plaży i marzyliśmy, gdzie moglibyśmy się wybrać, gdyby nie ograniczony czas. Doszliśmy bowiem do wniosku, że wszystko da się zorganizować, bo przy tak niskim budżecie pieniądze to nie problem. Problemem jest brak czasu. Łapiemy się, poza stałymi zawodowymi zajęciami, także różnych innych przedsięwzięć i tak ja np. w długi majowy weekend byłam wolontariuszem przy organizacji Majówki Kołobrzeskiej, natomiast Tomik przez wszystkie weekendy grudnia prowadzi turniej piłkarski dla młodzieży. Pomijam już mój kurs na prawko, bo przecież w normalnych warunkach ludziom zajmuje to 3-4 miesiące, u mnie wszystko przeciągnęło się dwukrotnie, ale byłam także w trakcie zmiany pracy, co wymagało ustalenia hierarchii tego, co ważne i tego, co ważniejsze.

Ogólnopolska wszechobecność Marchvi i Tomika
Dwa najważniejsze wypady spięły klamrą całość wojaży, bowiem rok rozpoczęliśmy w Zakopanem, a (prawie) zakończyliśmy na Helu. Dwa krańce Polski w jednym roku, tego się chyba nie spodziewaliśmy. Prawdopodobnie także dlatego oba te wyjazdy były bardzo spektakularne zarówno dla nas, jak i dla Was, moich Czytelników. A raczej nie same wyjazdy, a widoki, jakie uwieczniliśmy w kadrach i się z Wami nimi podzieliliśmy. Bo radość dzielona się mnoży - dlatego zamierzam nadal to kontynuować :)

Zza mniejszego i większego kółka
Bardzo dużo wyjazdów odbyłam w tym roku samochodem, co jest dość sporą zmianą, ponieważ dotychczas podróżowałam przede wszystkim pociągami, natomiast samochód był mi narzędziem pracy, co w tym roku potwierdziło się z mocnym przytupem. Byłam także w jednej trasie jako kierowca autobusu oraz kilku za kierownicą ciężarówki. Na Watrowisko do Nałęczowa (niemal 700 km w jedną stronę) pojechałam osobówką pożyczoną od Marchevkowego Ojca, a od sierpnia jestem zawodowym kierowcą Stara 266.


Ze statystyki zachodniopomorskiej
Odwiedziłam w tym roku 11 powiatów, w tym 4 po raz pierwszy. Próbowałam także zwiedzać Szczecin, ale komisja lekarska była tak wyczerpująca, że zamiast na miasto, poszłam na stancję spać i tylem ja Szczecin widziała. W Koszalinie natomiast spędziłam cały urlop, zgłębiając arkana magii sztuki szoferskiej i jedyne, co zobaczyłam, to pomnik Józefa Piłsudskiego przed siedzibą Zachodniopomorskiego Urzędu Wojewódzkiego. Chciałam tam złożyć wniosek o wyrobienie nowego paszportu, ale tego nie zrobiłam, bo tego dnia akurat nie wzięłam karty do bankomatu ze sobą, a gotówkę wydałam w pobliskim centrum handlowym, więc póki co - eksport Marchvi utknął w martwym punkcie. ;)


Wnioski
Zdecydowanie ten rok nie należał do łatwych, dużo było zamierzeń do realizacji, od których zależało może nie życie, ale jego jakość na pewno :) Wszystko się udało i chociaż miałam cichą nadzieję, że uda się też odwiedzić "całe" województwo, to i tak było całkiem nieźle. Przy takim natłoku spraw udało mi się też wyskoczyć na weekend do stolicy na weselicho, jakiego w życiu jeszcze nie widziałam i na którym wyszalałam się za wsze czasy. Jedynie żałuję, że nie odzyskałam skradzionego roweru, ale rozpamiętywanie tu nic nie pomoże. Stało się i tyle. Teraz odmeldowuję się i, robiąc wtyłzwrot, żegnam Was, pewnie już do przyszłego roku :)

Hwgh!

Obserwatorzy