Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdańsk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdańsk. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 marca 2018

Marchev w kosmosie po raz pierwszy...

...przy założeniu, że kosmos znajduje się już ponad chmurami. ;)

Nigdy nie latałam, bo wielkich interesów w świecie nie kręciłam, a podróżnicze potrzeby dzielnie, chociaż czasem miernie, zaspokajało nasze rodzime PKP. Ale skoro nawet papier toaletowy się rozwija, postanowiłam rozwinąć się i ja, w konsekwencji czego zakupiłam bilety na loty relacji Gdańsk-Cork-Gdańsk.
Port Lotniczy im. Lecha Wałęsy, Gdańsk, ©Marchevka, 10.03.2018 r.
Odprawa w Gdańsku
Lotnisko w Gdańsku miałam już wizualnie zapoznane, bo przez bywanie nań dość regularnie, mam nawet swoje ulubione miejsce parkingowe, a pierwszy lot odbyłam w towarzystwie M, więc nie miałam powodów do stresu. Byłam wręcz zrelaksowana jak kocica na wiosnę i z wielką wnikliwością wykonywałam każdy kolejny krok przeprawy odprawy. A wnikliwość była potrzebna, jak się okazało, już przy kroku pierwszym, czyli kontroli bagażu i bramce do wykrywania (nie tylko) metali. Zgodnie z instrukcjami wyjęłam z bagażu woreczek z płynami, z siebie zdjęłam zegarek i pasek od spodni. Przez M. bramka została pokonana bezproblemowo, myślę sobie więc - przecież to tylko bramka, jak w sklepie. No to przeszłam, a tu się syreny rozwyły, ludzie się patrzą, a strażnicy chcą mnie skuwać i na glebę walić... a wtedy zapikała bramka. Przed nami przechodził chłopak i jemu też pikało, ale chyba innym wskaźnikiem, bo jego obmacywali na obecność metalowych elementów, a ja musiałam wystawić łapki i pani papierkiem zebrała ślady zakazanych substancji z moich rąk i spodni. Byłam spokojna, bo z narkotykami nie mam nic wspólnego, a prochu strzelniczego też nie mogłam mieć, bo czas, jak upłynął od ostatniego użycia broni zwyczajnie uniemożliwiał pozostawienie jakichkolwiek śladów. Jedyna możliwość - świeżo zakupione przed wyjazdem spodnie, których zwyczajnie nie zdążyłam wyprać i wciągnęłam je na tyłek prosto po wyjściu ze sklepu. Na szczęście papierek włożony do maszynki wykazał, że jednak nie jestem przestępcą i puścili mnie wolno, ale z wrażenia nie założyłam paska i prawie zgubiłam te spodnie, które są przedmiotem sporu między mną a sklepem, bo sytuację zgłosiłam. Nie wiem, skąd je importują, ale wiem, że w transporcie razem z ciuchami jeździ coś jeszcze.

Potem była kontrola graniczna i pani chorąży Straży Granicznej zapytała, dokąd to się Marchev wybiera. Oczywiście o Marchvi słowa nie było, ale skoro pyta mnie, to jakby pytała Marchev, jasna sprawa. Mówię więc, że do Cork, a ona ze zdziwieniem kiwa głową i mówi "Ach, do Cork, no dobrze, dobrze..." po czym kilkukrotnie przekartkowuje mój paszport, zerka na mnie jakoś zalotnie, na głos powtarza z rozrzewnieniem moje nazwisko i znów puszcza wolno. Czuję się, jakbym przeszła etap jakiejś psychologicznej, a przynajmniej strategicznej, gry.

W sklepie bezcłowym się zgubiłam, bo układ jest zakręcony jak baranie rogi i wyszłam w zupełnie innej części terminala, niż zamierzałam. Spokój i opanowanie pozwoliło jednak odnaleźć drogę powrotną, chociaż zapewne okrężną. Po chwili byliśmy już koło naszej bramki i tu już zaczęła się nie żadna strategia, a istna zabijanka. 
Port Lotniczy im. Lecha Wałęsy, Gdańsk, ©Marchevka, 10.03.2018 r.
Buraki kontra cebule, z marchewką w tle
To, co działo się w hali odlotów, trzeba zobaczyć. Nie wierzyłam. Doprawdy uwierzyć nie mogłam w to, co opowiadali znajomi i M. Myślałam, że wyolbrzymiają, że przecież każdy jest człowiekiem i przecież nie może być aż tak źle. Myliłam się - może, chociaż przyznać muszę, że w dużej mierze do zamieszania przyczyniły się pracownice przewoźnika, które sprawdzały dokumenty i puszczały przez bramkę do samolotu. A dokładnie dwie bramki - jedna była dla osób z priorytetem wejścia na pokład, druga - dla wejścia według kolejki. Byliśmy w tej krótszej, priorytetowej, ale pracownice irlandzkiej linii zaczęły odprawiać w pierwszym rzucie osoby bez pierwszeństwa, co rozjuszyło pozostałych. Zrobiło się przeogromne zamieszanie, ludzie zaczęli się popychać, przekrzykiwać, wchodzić przed kolejkę. Po zażegnaniu konfliktu bramkowego, ruszyły biegi przełajowe przez płytę lotniska. Patrzyłam na to z mojej ulubionej pozycji - milczącej z półprzymkniętymi powiekami i śmiałam się pod wąsem półgębkiem, bo uwielbiam takie zjawiska socjopatologiczne. Miarka się jednak przebrała, gdy nie mogliśmy wejść na pokład, bo trwało jeszcze sprzątanie. Jedna z pasażerek wykrzykiwała na zmianę "SKANDAL! Ja to zgłoszę! SKARGĘ NAPISZĘ! JAK MOŻE BYĆ TAKI SYF?! JA TO ZGŁOSZĘ!". Na co spokojnie, acz stanowczo stwierdziłam, że samolot sam się nie pobrudził, a i obsługa ma lepsze rzeczy do robienia, niż rzucanie papierków pod siedzenia. Nastąpiła błoga cisza.
Boening 737, Gdańsk, ©Marchevka, 10.03.2018 r.
Lecieć czy nie lecieć - oto jest pytanie
Kiedy już zasiedliśmy w fotelach, stwierdziłam, że czuję się jak w pociągu. Pilot postanowił urządzić nam wycieczkę objazdową po lotnisku, jeździliśmy więc kilkadziesiąt minut tu i tam, dzięki czemu mogłam zwiedzić pasy startowe, ale widziałam tylko małe światełka na obrzeżach, bo zapadła już ciemna noc. Kiedy już myślałam, że zaraz ruszymy, nadjechała odladzarka i zaczęła wykonywać na samolocie zabiegi SPA. Ostatecznie po przejażdżkach i biczach wodnych wystartowaliśmy z 45-minutowym opóźnieniem. Kręciłam filmy, bo chciałam nagrać start, a po fakcie okazało się, że mam już wszystko poza owym startem, ale mała strata, bo i tak było ciemno i praktycznie nie było nic widać. Z samej podróży niewiele pamiętam, bo zasnęłam słodko pochrapując i ocknęłam się obudzona przez M. dopiero gdy już kołowaliśmy nad Cork. Wylądowaliśmy 15 minut po czasie, więc w drodze pilot nadrobił pół godziny. Po szybkiej kontroli paszportowej mogłam wdychać świeże irlandzkie powietrze.

Powroty są trudne
Zastanawiałam się, czy to był dobry pomysł, by z Gdańska lecieć razem, a wracać samemu. Bo wiadomo, tam już miałam jakiekolwiek pojęcie o wyglądzie lotniska, do tego w Polsce to po polsku, koniec języka za przewodnika i takie tam. A w Cork przecież do odprawy musiałam podejść sama, o ile zamówienie po angielsku piwa w pubie niekoniecznie stanowi problem, tak już sytuacje problemowe jak ta na bramce mogłyby być opłakane w skutki. Ale skoro powiedziało się A, to trzeba powiedzieć B, zakasać rękawy, uczesać natkę i ruszyć w rejs powrotny. I tu była niespodzianka, bardzo pozytywna.
Cork Airport-Aerfort Chorcai, Cork, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Cork Airport-Aerfort Chorcai, Cork, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Cork Airport-Aerfort Chorcai, Cork, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Cork to lotnisko małe i senne, zupełnie nieporównywalne do tego w Gdańsku, bez żadnych zawijasów i zakrętasów. Przy kontroli bagażowej była pani mówiąca po polsku i zwróciła mi uwagę, że przed przejściem przez bramkę muszę zdjąć szalik. Tym razem nic nie pikało, bo zdroworozsądkowo nie zakładałam na siebie już nic nowego, tylko same używane, świeżo wyprane rzeczy. Prostą drogą poszłam przez bezcłowy sklep do poczekalni (to się chyba hala odlotów nazywa) i z niemym zdziwieniem obserwowałam te same twarze, co tydzień wcześniej. Te same, a takie jakby inne.
Cork Airport-Aerfort Chorcai, Cork, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Cork Airport-Aerfort Chorcai, Cork, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Cisza, spokój, do samolotu, gotowi, start!
Nikt się nie wpychał, nastroje dopisywały. Znów stałam w krótkim priorytetowym ogonku, za to normalna kolejka wiła się wokół całej hali, przynajmniej dwukrotnie zmieniając swój kierunek. Słychać było spokojne rozmowy, każdy pokornie czekał na swoją kolej. Bramka była tylko jedna, a kolejki rozdzielała zwykła tabliczka ze strzałkami. Przed wejściem na płytę tłum spokojnie oczekiwał na pozwolenie wejścia do samolotu, bez gróźb, pomruków i wykrzykiwania. A wiele osób to moi współpasażerowie z pierwszego lotu. Co za cudowna przemiana!
Cork Airport-Aerfort Chorcai, Cork, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Cork Airport-Aerfort Chorcai, Cork, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Chmury, chmury, wszędzie chmury!
Chyba każdy zna ten obrazek: małe dziecko z ciekawskim nosem przyklejonym do szyby, podziwiające zmieniające się za oknem krajobrazy. Obudziło się we mnie takie właśnie dziecko. Droga startu samolotu wiodła wzdłuż lotniskowego terminala, więc widok był podwójnie ciekawy. A kiedy już wzbiliśmy się w powietrze, podziwiałam zieloną Irlandię z lotu ptaka. A potem z rozdziawioną japą patrzyłam na chmury, które wołały "chodź, jesteśmy takie mięciutkie!". Ciągnęły się po sam horyzont, skąpany w świetle zachodzącego słońca. Widoki bajkowe, mimowolnie się uśmiechałam sama do siebie, albo do tych właśnie chmur. To było naprawdę niesamowite. Robiłam zdjęcia, zaglądałam w dół i do tyłu na tyle, na ile pozwalało małe samolotowe okienko. I tak patrzyłam, póki się nie ściemniło, a potem zasnęłam, by obudzić się w czasie kołowania nad Gdańskiem. Wylecieliśmy spóźnieni i dolecieliśmy spóźnieni, przez ponad godzinę gnębiły nas małe turbulencje, ale zapewne miały one wpływ na to, że nie udało się uciąć tych 15 minut straconych przed startem i dolecieliśmy z takim samym poślizgiem. A w Gdańsku straciłam dobre pół godziny na kontroli paszportowej, którą pani kapral prowadziła w tempie ślimaka, bynajmniej nie wyścigowego. Potem rozsiadłam się wygodnie w drezynie Marchevkowego Ojca i... znów zasnęłam ;)
Irlandia z lotu samolotu, Cork, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Irlandia z lotu samolotu, Cork, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Tak wygląda kosmos, Irlandia, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Tak wygląda kosmos, Irlandia, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Tak wygląda kosmos, Irlandia, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Tak wygląda kosmos, Irlandia, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Tak wygląda kosmos, Irlandia, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Tak wygląda kosmos, Irlandia, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Tak wygląda kosmos, Irlandia, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Ja chcę jeszcze raz!
Na drugi dzień przy śniadaniu, opowiadając rodzicom o moich podbojach, stwierdziłam, że poleciałam w tę i z powrotem i nie uważam, aby podróżowanie samolotem było czymś wielce skomplikowanym i teraz to mogę już wszędzie polecieć. I chcę polecieć. Starty i lądowania są przereklamowane, a mnie nie pomaga przełykanie śliny, bo uszy i tak pozostają zatkane. Małą ulgę przynosi jedynie otwarcie ust, ale gdyby w życiu były tylko takie niekomfortowe sytuacje, to oszalelibyśmy z tego szczęścia. Pasów nie odpinałam przez całą drogę - takie było zalecenie personelu pokładowego i takie jest moje zboczenie zawodowe. Gdybym mogła, w miejskim autobusie też bym się zapinała. A teraz prześwietlam rozkłady lotów, by znaleźć jak najlepszy. Bo skoro już mam te wakacje pięć razy w roku... ;) 

sobota, 7 października 2017

Wojskowy Cmentarz Francuski w Gdańsku

Wojskowy Cmentarz Francuski, Gdańsk, ©Marchevka, 23.08.2017 r.
Wojskowy Cmentarz Francuski w Gdańsku jest osobliwą nekropolią położoną niby w centrum, a na uboczu, gdzie czas się zatrzymuje i cisza dźwięczy w uszach. Jednakże nie jest to miejsce przytłaczające, wręcz przeciwnie. Bije tam spokój, ale taki inny. Może dlatego, że miejsce pochówku blisko półtora tysiąca francuskich żołnierzy nie przypomina wyglądem typowego cmentarza? Jest to teren porośnięty starannie przystrzyżoną trawą, na którym w równych rzędach stoją krzyże (a czasem muzułmańskie stele), obywateli Francji, którzy na polskich ziemiach stracili życie. Spoczywają tu szczątki nie tylko żołnierzy poległych w walce, ale także tych, którzy zginęli w obozach jenieckich. Ponadto spoczywają tu osoby cywilne. Miejsce to upamiętnia ofiary obu wojen światowych, a także, według niektórych źródeł, wojny prusko-francuskiej z XIX w.

Wojskowy Cmentarz Francuski, Gdańsk, ©Marchevka, 23.08.2017 r.
Wojskowy Cmentarz Francuski, Gdańsk, ©Marchevka, 23.08.2017 r.
Wojskowy Cmentarz Francuski, Gdańsk, ©Marchevka, 23.08.2017 r.
Wojskowy Cmentarz Francuski, Gdańsk, ©Marchevka, 23.08.2017 r.
Cmentarz, według głównych podań, powstał w 1967 roku przed wizytą Charlesa de Gaulle'a w Gdańsku. Doczytałam jednak w jednym z artykułów, że to jest tylko połowiczna prawda, bowiem pierwsze projekty i prace zostały wykonane już w latach 40. ubiegłego stulecia. Dla dociekliwych, pełna historia do przeczytania TUTAJ. Gdyby ktoś był w Gdańsku i miał chwilę wolnego, dokładna lokalizacja znajduje się poniżej.

piątek, 15 września 2017

Szlakiem hotelowych trzech gwiazdek

Na wstępie zaznaczę: nie jest to wpis w żaden sposób sponsorowany. Nie jestem także znawcą tematu ani żadnym koneserem. Tak się złożyło, że kilkukrotnie w tym roku zdarzyło mi się mieszkać w różnych hotelach i różnych okolicznościach, co zamierzam Wam pokrótce opisać. Tak dla informacji - jak to wygląda. Opiszę tylko to, czego doświadczyłam sama, a we wpisie zamieszczę linki do witryn, gdzie można poznać szczegółowy cennik samej usługi hotelowej, jak i dodatkowych opcji.


Lokalizacja w sam raz dla żołnierzy i pacjentów szpitala wojskowego, ewentualnie sportowców. Hotel mieści się bowiem kilkaset metrów od siedziby 1 Pomorskiej Brygady Logistycznej i tyleż od 10 Wojskowego Szpitala Klinicznego, a równiutki kilometr od siedziby Cywilno-Wojskowego Klubu Sportowego Zawisza i stadionu.

Mieszkałam w pokoju dwuosobowym z jednym podwójnym łóżkiem, które miałam calutkie dla siebie (haaaa!). Do dyspozycji miałam także małą toaletkę z lustrem, biurko, stolik, krzesła i dużą szafę. Telewizor posiadał poszerzony pakiet kanałów, w hotelu dostępne było bezpłatne wi-fi, które pracowało z dobrą prędkością (to znaczy, że w telefonie internet się nie zawieszał i bez problemu udźwignął rozmowę głosową przez Messenger). Na stoliku była woda mineralna butelkowana oraz szklanki codziennie wymieniane przez obsługę.





Łazienka czysta, z suszarką do włosów. Dla gości przeznaczone były pakiety kosmetyków w postaci miniaturowego mydła i buteleczki z szamponem. Wymiana ręczników odbywała się na wyraźną prośbę gościa: według instrukcji czysty ręcznik należało powiesić na wieszaku, natomiast zużyty przeznaczony na wymianę - zostawić na podłodze.



Korzystałam tylko ze śniadania w hotelowej restauracji, które było wliczone w cenę noclegu. Nie robiłam zdjęć, bo zdawało mi się to krępujące - był to wyjazd służbowy, zatem nie miałam przy sobie aparatu fotograficznego, natomiast latanie ze smarfonem nad stołem szwedzkim jawiło mi się jako coś zdecydowanie nieprofesjonalnego. Musicie uwierzyć na słowo - jedzenia nie zabrakło, panie kelnerki uwijały się jak w ukropie. Było kilka rodzajów pieczywa (różne opcje chleba i bułek), na ciepło kiełbaski, jajecznica, parówki, naleśniki. Duży wybór wędlin i serów, do tego świeże warzywa, sałatki, jajka. Serwowana była także kawa i herbata w różnych wariantach oraz soki owocowe. Goście mogli liczyć na całkiem niezły wybór ciast oraz owoców.


Jak już sama nazwa wskazuje - hotel położony na warszawskim Okęciu w sąsiedztwie Lotniska Chopina. Znacznie oddalony od centrum Warszawy, przez co atrakcyjny raczej dla osób mających interesy w tej części stolicy, bądź też dla oczekujących na lot.

Pokój z definicji miał być dwuosobowy, jednakże po ustaleniach poczynionych w recepcji okazało się, że spokojnie wyspałyby się w nim trzy (a na upartego i cztery) osoby. W dyspozycji było bowiem jedno dwuosobowe łóżko oraz rozkładana sofka, która wyglądem przypominała łóżko szpitalne. W pokoju znajdowało się także biurko i telewizor, podobnie jak w bydgoskim hotelu, a także sprawne wi-fi (sprawdzone w taki sam sposób). W szafie wnękowej schowana była deska do prasowania i żelazko, krzesełko pod prysznic oraz sejf z zamkiem cyfrowym. Co było zaskakujące, na stoliku znajdował się ekspres do kawy oraz czajnik elektryczny wraz z zapasem różnego rodzaju herbat i kapsułek z kawą oraz cukier. Standardowo była także butelkowana woda mineralna.




Łazienka na pozór czysta, jednak prysznic dość niepraktyczny - szklana przesłona nie dawała odpowiedniego zabezpieczenia przed zalaniem, albo to Marchev chlapie się jak kaczka... Zamiast wydzielonych kosmetyków, zamontowane były spore dozowniki. Pod prysznicem trzy, zawierające szampon, odżywkę oraz balsam do ciała, natomiast przy umywalce z balsamem do ciała i mydłem do rąk. Obieg zużytych ręczników podobnie, jak w Maratonie. Do dyspozycji także suszarka do włosów.





Śniadanie było wliczone w cenę hotelu, ale i tym razem nie miałam ze sobą aparatu, bowiem wyjazd był związany z oddaniem szpiku dla osoby potrzebującej, więc byłam raczej przejęta kwestiami zdrowotnymi, niż turystycznymi. Z Tuv, która mi towarzyszyła, stwierdziłyśmy jednak zgodnie, że menu jest bardzo bogate. Duży wybór dań na ciepło (tak jak powyżej plus smażone plastry boczku). Różne rodzaje dodatków do mleka (płatki kukurydziane, owiane, musli i inne), bogaty wybór świeżych owoców, warzyw, gorących napojów sprawił, że każdy z międzynarodowej mieszanki gości hotelowych znalazł coś dla siebie i raczej nikt nie wyszedł z restauracji głodny.


Hotel położony 2 km od centrum Gdańska i 10 km od Lotniska im. Lecha Wałęsy. Mimo odległości, dojazd samochodem nie stanowił żadnego problemu. Położony w zacisznym miejscu gwarantuje odpoczynek w komfortowych warunkach nawet po bardzo długiej podróży.

Przy rezerwacji wybrałam pokój dwuosobowy w wersji DeLuxe. W tym pakiecie pokój wyposażony jest w klimatyzację. Standardowo, do dyspozycji gości, jest biurko z fotelem, stolik, telewizor oraz wi-fi, które działa dobrze. Przestronna szafa oraz półki na ubrania są dużym ułatwieniem w organizacji hotelowego życia. Można skorzystać z sejfu, a także minibarku - zużycie rozliczane w recepcji.  Na dole szafy znajdowały się niezbędne akcesoria, które mogą uratować życie w podbramkowej sytuacji: igielnik i zestaw do czyszczenia butów, a także worek na brudną bieliznę, którą, za dodatkową opłatą, można oddać do pralni. Można było korzystać z czajnika i bogatej oferty herbat, jednakże do dyspozycji były jedynie malutkie filiżanki, co było dość problematyczne dla koneserów parującego... kubka ;)









W łazience standardowo - była suszarka do włosów, a wraz z ręcznikami na umywalce leżał też pakiet z czepkiem kąpielowym. Nie otwierałam, ale byłam ciekawa, czy jest tam jedna czy dwie sztuki. Jak jedna, to byłoby ciągnięcie zapałki: kto pierwszy się kąpie :) Kosmetyki i tutaj nie były porcjowane, a w dozowniku umieszczony był uniwersalny żelo-odżywko-szampon do mycia. Niestety kafelki w ciemnym kolorze sprawiły, że w pomieszczeniu było dość ciemno i efektu tego nie zniwelowały nawet dodatkowe źródła światła przy lustrze.



Śniadanie porównywalne do bydgoskiego Maratonu, jednakże na tutejszym stole zagościły dodatkowo ryby: śledziki, łosoś wędzony, pasta z makreli i zapewne to nie wszystko. Zdjęć nie ma, bo zamiast rozglądać się za jedzeniem, wolałam wpatrywać się w najpiękniejsze oczy świata. Ale głodna nie wyszłam, bo przy tak bogatym menu było to zwyczajnie niemożliwe, nawet będąc szalenie zakochaną.

Podsumowanie

Jak można zauważyć, standard wyposażenia pokoi w hotelach oznaczonych trzema gwiazdkami zbytnio nie odbiega od siebie. Poza drobiazgami typu barek czy porcjowane kosmetyki w łazience, nie ma zbyt wielu różnic. Najbardziej zauważalne były rozbieżności w menu śniadaniowym. W tym kontekście zdecydowanie na pierwsze miejsce wysuwa się warszawski hotel, jednak i w pozostałych dwóch nie można zbyt wiele ująć. Bezpłatne wi-fi stało się oczywistym standardem. Bezpłatny parking oferuje Amber Hotel oraz Hotel Maraton. W Hampton by Hilton Warszaw Airport parking nie jest wliczany w cenę noclegu.

Obsługa w każdym obiekcie na wysokim poziomie, jednak w Gdańsku zdarzyło się, że pan konserwator nie wiedział, że pokój już jest zajęty i wszedł do środka za pomocą uniwersalnej karty. Konsternacja moja, a jego wręcz przerażenie powiedziały wszystko. Przeprosił i wycofał się, nim zdążyłam zareagować, a on prawdopodobnie przyszedł z drabiną wymienić żarówkę, która się przepaliła. Nie winię go jednak, bo mogła do niego nie dotrzeć informacja - w pokoju zdążyłam zdjąć tylko plecak z pleców (i na szczęście tylko to!) :) Trudno, wymienił pewnie po naszym wyjeździe.

W warszawskim Hampton by Hilton dodałabym w windzie naklejkę, że przed wybraniem piętra należy przyłożyć kartę do czytnika. Ja próbowałam przez kilka minut wjechać na moje piętro, aż w końcu wpadłam na pomysł, że ten czytnik nie jest zamontowany dla ozdoby. Przez dwa dni pobytu spotkałam jeszcze dwie rodziny, w tym jedną niepolskojęzyczną, które zgubiły się w windzie podobnie jak ja. A i Tuv miała przeboje w tej kwestii.

Odnośnie bydgoskiego Maratonu ciężko mi cokolwiek dodać, bowiem nie miałam wobec tego miejsca żadnych oczekiwań poza jednym: porządnie się wyspać przed zawodami oraz wykąpać się w dobrych warunkach po piekielnych godzinach spędzonych na kortach i to otrzymałam. No, może trochę brakowało czajnika na wyposażeniu pokoju - jednak wieczorna herbatka by się przydała.

We wpisie zawarłam chyba już wszystko co wiem, jednakże jeśli macie pytania odnośnie powyższych obiektów, chętnie odpowiem w granicach własnej wiedzy i doświadczenia. A na pytanie, czy polecam te hotele czy nie, odpowiem tak: gdyby mi przyszło znów nocować w którymś z tych miast i byłoby to możliwe, nie szukałabym nowych wrażeń tylko wróciła do już sprawdzonych miejsc.

Pozdrawiam!

Obserwatorzy