Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 marca 2017

Krok za krokiem, bez napisów, dat i zdarzeń.

Że Marchevka zakochana jest w Polsce, wie chyba każdy bywalec tego bloga :) Żadna to tajemnica, a wręcz przeciwnie i bezapelacyjnie moje miejsce jest tu, między Odrą a Bugiem, od Bałtyku do Tatr. Nie znaczy to jednak, że neguję piękno i historię innych krajów. Pamiętacie zachwyty nad Bornholmem? A wiosenny wypad do Stralsundu i sztormowy Ahlbeck? Zachwycaliście się przecież razem ze mną :)

Chociaż mam wiele do obejrzenia i wiem, że nie zwiedziłam nawet promila Polski, podróż życia będzie zdecydowanie niepolska, a nawet nieeuropejska. Ale pewnie ułoży się tak, że w tę podróż udam się już na emeryturze, bo tam nie wystarczy zabrać termosu z gorącą kawą. Australia wymaga uwagi i konkretnego przygotowania :)

I mimo że moje miejsce na ziemi to bezapelacyjnie Kołobrzeg, istnieje jeszcze jedno miasto, gdzie powietrze pachnie tak, jak lubię, zachodzące słońce zapala mi ogniki w oczach, a nogi niosą tu i tam bez większego planu i celu. Przed siebie, chociaż z ostrożnością, bo naprawdę u siebie czuję się tylko w Polsce. Ale gdyby okazało się, że coś... że ktoś... że jakoś... Mogłabym tam zamieszkać.

Berlin. Miasto, które za każdym razem postrzegam inaczej. Za każdym razem słońce oświetla wszystko pod innym kątem. Za każdym razem, mimo że tak samo, ścieżki wiodą w inne strony. I dzisiaj nie będzie typowego przewodnika, utartych tras, historycznych wywodów. Zapraszam na nieoczywistą wędrówkę przez wszystko i nic. Mój Berlin.


























Ty wiesz :*

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Stralsund - Ozeaneum und Stadt


W ubiegły weekend uczestniczyłam w, kolejnej już w mojej podróżniczej "karierze", wycieczce organizowanej przez Kołobrzeski Oddział PTTK. Już chyba łatwo się domyślić, że znów zajrzałam za naszą zachodnią granicę, a na wypad udało mi się namówić też Tomka. Tym razem celem było nadbałtyckie miasto Stralsund. Zapoznając się z historią tego miejsca dostrzegłam kilka faktów zbieżnych z historią Kołobrzegu: oba miasta w średniowieczu były lokowane na prawie lubeckim: Stralsund w 1237, Kołobrzeg w 1255 r.. Oba miasta należały do Hanzy, czyli średniowiecznego związku miast handlowych. Dzisiaj jedyną wyraźną podobizną jest to, że zarówno Stralsund, jak i Kołobrzeg, są portami południowego wybrzeża Bałtyku.
Mówiłam już, że mam małego fioła na punkcie pokryw studzienek kanalizacyjnych?
Hansestadt Stralsund - hanzeatyckie miasto Stralsund. W Niemczech do dzisiaj podkreślane są średniowieczne tradycje miasta.
Jechaliśmy nadmorską drogą, przez Rewal, Dziwnów, Międzyzdroje. Szosa jest tak usytuowana, że dzięki prześwitom na wydmach można oglądać morze. W Świnoujściu czekała nas przeprawa przez Świnę promem MF Karsibór. Przepisy wymagają, aby pasażerowie autokaru opuścili pojazd i na własnych nogach weszli na prom i z niego zeszli. I bardzo dobrze! Bo dzięki temu mogliśmy podziwiać cudne widoki. Słońce sprawiło, że woda była zachwycająco błękitna.
A mnie się ciągle nie nudzą marynistyczne motywy, przeprawy promowe, nadmorskie atrakcje. Oczywiście pod warunkiem, że są rzeczywiście morskie, a nie chińskie!
Mijanka - bliźniaczy do naszego prom, Karsibór VI. My chyba płynęliśmy Karsiborem III.
Granicę przekroczyliśmy w Gartz, po czym odpłynęłam, bo jazda autokarem nie należy do moich ulubionych zajęć. Spałam do samego Stralsundu, by ocknąć się na Rügenbrücke, czyli moście łączącym Rugię ze stałym lądem. Jest to najdłuższy w Niemczech wiszący most, a wraz z przedwojennym mostem kolejowo-drogowym Rügendamm, stanowi jedyne stałe połączenie Wyspy Rugia z lądem. Widoki rozpościerające się z mostu są iście pocztówkowe.
Plan wycieczki zakładał wizytę w Oceanarium oraz delikatne zwiedzanie. Miałam mieszane uczucia co do Ozeaneum, bo wielkim miłośnikiem ryb i innych stworzeń wodnych nie jestem. Jeszcze w autokarze się wahałam, czy pójść, czy jednak skorzystać z pięknej pogody, ale doszłam, wspólnie z Tomkiem, do wniosku, że pójdziemy i zobaczymy, ale nie będziemy trzymać się grupy i wygospodarujemy czas na spacer po porcie. I tak też zrobiliśmy, a teraz kilka ujęć z Oceanarium.
Futurystyczny budynek Oceanarium







Oceanarium jest niewątpliwie największą atrakcją Stralsundu, a być w Stralsundzie i nie pójść tam to jak być w Rzymie i nie widzieć papieża. Hm, tylko czy aby na pewno ta oceaniczna atrakcja nie jest lekko przereklamowana? Koszt biletu to 15 euro w grupie, a 16 indywidualnie. Do tej pory mam mieszane uczucia, bo ekspozycja wrażenia zbyt wielkiego na mnie nie zrobiła. Uważam, że rozmiar nie ma znaczenia, a ważniejszy jest ogólny wygląd. A wygląd był ciemny (co zapewne ma związek z zapewnieniem rybom komfortowych warunków) i ponury. Z opowieści znajomych o tym, jaka ta ekspozycja jest cudowna, bajeczna i wspaniała spodziewałam się większych fajerwerków. Wydaje mi się, że kołobrzeskie oceanarium, chociaż o wiele mniejsze, jest zdecydowanie przyjemniejsze.
Załapaliśmy się na karmienie pingwinów :)
Żeby jednak nie było wszystko na NIE, to ekspozycja jest naprawdę duża. Aby się nie zgubić i niczego nie pominąć, na podłodze narysowana jest ścieżka, po której idąc, można zobaczyć wszystko, co jest do zobaczenia. Mieliśmy niezłą zabawę, kiedy schodziliśmy "ze szlaku" i co rusz któreś upominało, że trzeba wrócić na właściwą drogę :) Pingwinki są przecudne, a leżanki w sali gigantów naprawdę wygodne. Wrażenie zrobił na mnie też tunel, w którym nad głowami pływają rybki.
Sala gigantów, na dole były wygodne fotele, na których można było się położyć i wsłuchać się odgłosy morskich olbrzymów. A sufit falował jak ocean. Wspaniałe zakończenie zwiedzania.
Mam pewien niedosyt, jednak w ogólnym rozrachunku cieszę się, że zdecydowałam się na zwiedzenie Oceanarium przede wszystkim z jednego powodu. Gdybym tego nie zrobiła, ciągle żyłabym w iluzorycznym przeświadczeniu o cudowności tego przybytku i żałowała, że nie poszłam i nie zobaczyłam na własne oczy. A tak - byłam, widziałam. Poza tym dzień był taki piękny, że nie ma co roztrząsać tematów morskich, tylko wyjść na słońce i cieszyć się iście letnią pogodą. Zapraszam!
Gorch Fock I
Przy nabrzeżu w pobliżu Oceanarium, stoi trzymasztowiec Gorch Fock I. Jego historia jest kręta i burzliwa. Na początku służył jako żaglowiec szkolny niemieckiej marynarki wojennej. W maju 1945 zatopiony przez swoją załogę właśnie w Stralsundzie. Wydobyty stał się zdobyczą wojenną ZSRR i otrzymał nazwę Towariszcz. Wszedł do radzieckiej służby, a po rozpadzie Związku Radzieckiego pływał pod handlową banderą ukraińską. Pod koniec lat '90 XX w. trafił na powrót do Niemiec i został zakupiony przez stowarzyszenie Tall-Ship Friends Deutschland, a w 2003 został przetransportowany do Stralsundu i na powrót przemianowanych na Gorch Fock.
Spichlerz podobny do tych z kołobrzeskiego portu

Kiedy nasza grupa jeszcze oddawała się przyjemnościom podglądania podwodnego świata, my już buszowaliśmy po nabrzeżu, ciesząc oko gotyckimi zabytkami oraz chłonąc ciepło, jakiego tego dnia natura nie poskąpiła. Było wręcz gorąco i słonecznie. Po małym rekonesansie poszliśmy poszukać czegoś do jedzenia. Z dość dużą dozą ostrożności zakupiłam Fischbrötchen z matiasem. Buła wyglądała imponująco, a smakowała jeszcze lepiej. Smaku nie da się opisać, to trzeba poczuć! :)
 A później wygrzewaliśmy się patrząc w morze i popijając stralsundzkie piwo.

Kolejnym punktem grupowego zwiedzania było miasto. Urokliwymi uliczkami powędrowaliśmy w stronę zabudowań franciszkańskiego klasztoru św. Jana. Obejrzeliśmy ruiny kościoła, zajrzeliśmy na uroczy dziedziniec i zobaczyliśmy klimatyczne domki. Obecnie w zachodnim skrzydle mieści się archiwum miejskie, a na dziedzińcu odbywają się koncerty.


Widoczny na pierwszym planie pomnik jest poświęcony pamięci Żydów wydalonych i eksterminowanych ze Stralsundu.
Następnym celem naszego zwiedzania był Stary Rynek z szaleńczo ozdobnym ratuszem i kościołem św. Mikołaja a także różnorodne, wzniesione w różnych architektonicznych stylach kupieckie domy. 
W centralnym miejscu Commandantenhaus z herbem w szczycie domu - dawna komendantura szwedzkiego garnizonu, wybudowany w latach 1748-51.
Ceglany dom to Kamienica Wulflama, wzniesiona w roku 1358. 
Ratusz z ozdobną elewacją oraz kościół św. Mikołaja
Stralsundzki ratusz należy do jednych z cenniejszych punktów na Europejskim Szlaku Gotyku Ceglanego, jest też ważnym świadectwem istnienia gotyku świeckiego.
Brama ratusza
Wejście na dziedziniec od strony wschodniej
Wewnętrzny dziedziniec ratusza
O kościele św. Mikołaja chciałabym napisać oddzielny wpis, bo nie da się tego opisać w kilku słowach i przedstawić na dwóch zdjęciach. Wnętrze wymaga remontu, zabytki ruchome odrestaurowania, jednak brak środków finansowych uniemożliwia przeprowadzenie wymaganych prac. Przedstawiam Wam dzisiaj tylko trzy zdjęcia - nawy głównej, figury Chrystusa z 1932 roku oraz gotyckiego portalu zachodniego.


Mieliśmy trochę czasu wolnego, który z Tomkiem wykorzystaliśmy na włóczenie się po uliczkach  i szukanie pamiątek, co wcale takie proste nie było, bo Centrum Turysty przy Dworze Artusa zamknięte zostało o 14:00, a my wyszliśmy z kościoła św. Mikołaja o 14:08. W sklepikach z pamiątkami mało było drobiazgów typowo stralsundzkich, więcej było związanych z Meklemburgią-Pomorzem Przednim i Rugią. Ale w końcu i to się udało.
Kościół św. Jakuba
Ostatnim miejscem, które obejrzeliśmy, już w drodze do autokaru, był Kościół Mariacki, a w zasadzie nie on sam, a stojący obok pomnik Bohaterów Armii Radzieckiej. Płaskorzeźba przedstawia żołnierza radzieckiego podającego dłoń cywilowi. Mundurowy stoi krok przed Niemcem, co było charakterystycznym zabiegiem mającym na celu ukazanie wielkości radzieckiego mocarstwa. Na górze pomnika natomiast umieszczone zostały symbole ZSRR: sierp i młot oraz pięcioramienna gwiazda. Monument budzi podobne kontrowersje, jak tego typu zabytki na polskich ziemiach. I trwa oczywisty dylemat: zostawić, czy przenieść? Zachować, czy zniszczyć?
Kościół Mariacki
Pomnik Bohaterów Armii Radzieckiej przy Kościele Mariackim
Dzień minął w świetnej atmosferze, grupa była bardzo zdyscyplinowana, nikt się nie zgubił, nikt się nie spóźniał na zbiórki, humory dopisywały wszystkim. Nasza Pani Przewodnik natomiast nosi w sobie ogromne pokłady niegasnącego optymizmu i cierpliwości, co udowodniła już kolejny raz (na Festiwalu Światła też przewodziła wycieczce, w której uczestniczyłam). I chociaż miłośnikiem zorganizowanych wyjazdów nie jestem, był to kolejny wypad, z którego oprócz zdjęć przywiozłam świetne wspomnienia :)

Obserwatorzy