czwartek, 28 stycznia 2016

Blogi walczą o Okudżawę

Kilka dni temu w prawej szpalcie pojawił się banner z odnośnikiem do strony Międzynarodowego Festiwalu Piosenki Poetyckiej im. Bułata Okudżawy w Hajnówce. Także na fanpagu wrzuciłam informację, w której próbowałam zwrócić uwagę czytelników na to wydarzenie, jednak raczej z małym skutkiem, co mnie z resztą, niestety, nie zdziwiło.

Dzisiaj powodzenie mają tylko imprezy, za których promocją stoją duże koncerny sponsorujące wydarzenie oraz przedsięwzięcia, z których można ugrać coś dla siebie. Niszowe, organizowane z potrzeby serca inicjatywy nie mają szerokiego grona fanów i istnieją, póki wystarczy organizatorom chęci oraz… funduszy. W tym przypadku chęci nie brakuje a walka o potrzymanie Festiwalu nadal trwa. Brak jest funduszy, przez które już jakiś czas temu zrezygnowano z organizacji imprez towarzyszących, takich jak np. koncerty w różnych miastach.

Skąd ten problem? Chociażby stąd, że niemal cały ciężar tej inicjatywy spoczywa na barkach jednego człowieka, Pana Anatola Borowika. Stąd, że lokalne samorządy nie udzieliły wsparcia Festiwalowi, chociaż niewątpliwie impreza ta jest także promocją dla regionu. Stąd też, że Festiwal nie zarabia sam na siebie – wszelkie zyski przekazywane są na rzecz podlaskich hospicjów.

Mam  w sobie duże przekonanie, że akurat tę inicjatywę wesprzeć warto. Miałam okazję zapoznać się z twórczością Bułata w różnych okolicznościach. I tak niejednokrotnie wspominali o nim i jego muzyce Starsza i Kneź, ostatnio w relacji z imprezy satelickiej Festiwalu, czyli koncertu w Lublinie. Dudi w swoim cyklu „Słuchajmy bardów” przybliża sylwetki artystów i w jednej z notek przedstawił Okudżawę oraz jego twórczość. A i na żywo miałam okazję posłuchać piosenek Bułata w wykonaniu bywalców Watrowiska, przy ognisku, kiedy już powoli zapadał zmrok. Pięknie było.

I właśnie Kneź stał się inicjatorem akcji Blogi na scenę, której ideą było przede wszystkim nagłośnienie całego wydarzenia i zwrócenie uwagi jak największej ilości osób na problemy z organizacją Festiwalu oraz możliwości ich rozwiązania, a raczej pomocy. W zamyśle miał być łańcuszek, ale powoli zamiast niego, wychodzi nam śnieżka, a ja chciałabym, aby wyszła nam prawdziwa wielka śniegowa kula! W końcu ziarnko do ziarnka itd. Im nas więcej zaangażowanych, tym mamy większą szansę na uzyskanie celu. A celem jest, jak wiadomo, zebranie jak największej ilości funduszy, które umożliwią organizację Festiwalu. O organizacji koncertów towarzyszących można zapomnieć, ale na główną imprezę nadal jest szansa i wykorzystajmy to.

Poniżej zamieszczam linkownię, aby uzmysłowić nie tylko Wam, ale sobie też, jak różni ludzie, z różnym spojrzeniem na życie i świat, angażują się w tę akcję. Że chociaż wielu z nich prawdopodobnie nigdy na Festiwal nie zawita – pomagają, bo uważają, że warto. Sama nie wiem, czy kiedykolwiek dotrę do Hajnówki, jednak znając mnie, to bym się wcale nie zdziwiła… :P Ale wiem jedno – warto promować ludzi z pasją i inicjatywą, a takim człowiekiem niewątpliwie jest pan Anatol Borowik, a inicjatywa krzewiąca kulturę zdecydowanie zasługuje na nasze wsparcie!

Organizacyjnie:

Wpisy właściwe:

Bannerki:
  1. Łucja-Maria
  2. Giga
  3. Pozdróżniczka
  4. Wanda Róża
  5. Alenka
  6. Anna Kruczkowska

Udostępnienia na fb:
  1. Vars & Sava
  2. Agulec
Audycja radiowa!!
W dniu 19.02.2016 r. o godzinie 20:00 w internetowym radio Radiolatki wyżej już wspomniany Damian miał swoją audycję, a w niej także wydzielił część antenowego czasu na zwrócenie uwagi na organizację Festiwalu! Niestety nie miałam okazji wysłuchać programu, jednak może jest możliwość uzyskania archiwalnego zapisu? Jeśli jest, to postaram się, aby i tu się znalazł odnośnik!

Na dzień 21.02.2016 r. mamy łącznie 35 akcji i reakcji podjętych łącznie przez 31 osób!! Pięknie dziękuję i proszę o więcej!! :) 

Naszą akcję poparli także Organizatorzy na swojej stronie!

Lista będzie rosła w miarę wyłapywania kolejnych wpisów na blogach. Jeśli napiszecie coś u siebie, także dajcie znać, podlinkuję, ponadto Kneź w grupie na fb dodatkowo umieszcza link do każdej blogowej notki.


Proszę Was w imieniu organizatorów III Międzynarodowego Festiwalu Piosenki Poetyckiej im. Bułata Okudżawy, w imieniu wszystkich blogerów zaangażowanych w akcję, a także swoim własnym o pomoc i wsparcie oraz rozpropagowanie, czy to poprzez udostępnianie naszych wpisów na fb, czy napisanie swoich notek na blogach i podaniu dalej. Liczy się też każda, nawet najmniejsza wpłata. Blogi na scenę! To jest nasz czas do działania!


Dopisek 03.02.2016 r.
Pan Borowik napisał na grupie Festiwalu tak:

"Po dłuższej przerwie zajęty organizacją dopiero dziś zauważyłem że na konto Festiwalu i Stowarzyszenia wpłynęły Darowizny od 30 osób na ogólną sumę 1800 zł. To spory dla nas zastrzyk w momencie braku jakichkolwiek finansów organizacyjnych. Biuro organizacyjne bardzo serdecznie wszystkim dziękuje za Darowizny na rzecz III Festiwalu Okudżawy."

Wierzę, że wśród darczyńców jesteście także Wy. Dziękuję!!

niedziela, 24 stycznia 2016

Zachodniopomorskie '16 - Stargard już-nie-Szczeciński

Stargard, ©Marchevka, 31.01.2015 r.
Całkiem trafnie nazywany Perłą Pomorza Zachodniego. Tylu zachowanych obiektów architektury obronnej w jednym mieście w tak dobrym stanie jeszcze nie widziałam. Marzy mi się jeszcze zobaczyć to miasto wiosną/latem, wśród skąpanej w słońcu zieleni. Musi to wyglądać bardzo malowniczo, chociaż i zimą wygląda całkiem ciekawie.
Pierwszym obiektem, który napotkaliśmy na trasie zwiedzania była Kolumna Zwycięstwa, będąca elementem Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich. Od 2005 roku trwają starania o wyburzenie pomnika, bądź przeniesienie go na cmentarz wojenny.
Kolumna Zwycięstwa, Stargard, ©Marchevka, 31.01.2015 r.
Tuż obok placu Wolności, na którym góruje Kolumna, znajduje się najstarszy w mieście Park Bolesława Chrobrego. Całe Stare Miasto jest otoczone parkami, co sprawia, że Stargard jest atrakcyjny o każdej porze roku, jednakże byłoby przyjemniej, gdyby w trakcie wizyty świeciło słońce, a nie sypał gęsty śnieg. Na skraju parku znajduje się pomnik Jana Pawła II (którego widoku Wam oszczędzę) oraz neogotycka cerkiew śś. Piotra i Pawła, a po wejściu na parkowe alejki można zobaczyć wieżę ciśnień z końca XIX w. W poprzedniej dekadzie przeszła kapitalny remont elewacji oraz poszycia dachowego.
Cerkiew śś. Piotra i Pawła, Stargard, ©Marchevka, 31.01.2015 r.
Wieża ciśnień z XIX w., Stargard, ©Marchevka, 31.01.2015 r.
Kolejnym elementem gotyckiej architektury, który mieliśmy okazję zobaczyć, była Brama Świętojańska, a raczej to, co po niej zostało, bo rozebraniu obwarowań miejskich, w których mieściły się na przestrzeni wieków więzienie oraz zakład dla osób umysłowo chorych.
Brama Świętojańska, Stargard, ©Marchevka, 31.01.2015 r.
W śnieżycy, która dla bezśnieżnych kołobrzeżan była mimo wszystko atrakcją, podreptaliśmy do amfiteatru, który poza wysokimi schodami nie zrobił na nas zbyt pozytywnego wrażenia. Na tamten czas był zaniedbany i z wyglądu trącił poprzednim ustrojem. Wychodzi więc na to, że nie tylko kołobrzeska scena plenerowa woła o pilny remont. Niemniej jednak fajnie było przejść się dołem i spoglądać na majestatyczne betonowe trybuny. 
Amfiteatr, Stargard, ©Marchevka, 31.01.2015 r.
A później Marchev znalazła się w swoim żywiole. Cegła, wieżyczki, mury, czyli to, co tygrysy lubią najbardziej. Głowa kręciła mi się dokoła, nie wiedziałam, gdzie patrzeć i obawiałam się, że dostanę oczopląsu od tych zabytkowych rarytasów. Dość wnikliwie oglądałam każdy mur, tym razem jednak darowałam sobie przytulanie ich. Było zdecydowanie za zimno na takie zabawy. Najbardziej fascynujące było to, że część obiektów była połączona właśnie z murami, nie stanowiła samodzielnych budowli. Baszty, bramy, mury łączyły się w spójną całość, jakiej próżno szukać gdziekolwiek indziej.
Brama Młyńska z XV w. i spichlerz z XVII w. w tle, Stargard, ©Marchevka, 31.01.2015 r.
I tak na przykład Brama Młyńska połączona była z miejskim murem, który wiódł aż do Baszty Białogłówki, z którą to wiąże się pewna miejska legenda:
Gdy większość mężczyzn Stargardu wyruszyła na walkę z rozkazu ówczesnego władcy. W mieście zostali tylko nieliczni rzemieślnicy, starcy, kobiety i dzieci. Opustoszałe miasto zaatakowały nieznane wojska, które zebrały się pod basztą. Bezbronne kobiety, zauważywszy wroga, zabrały niewielką ilość broni, i stanęły do obrony. Ich walka wobec przeważających sił wroga była była z góry przegrana. Wówczas wpadły na pomysł, aby w wielkich kotłach zagotować smołę. Gdy była odpowiednio gorąca, za pomocą prymitywnych podnośników wylały ją na armię wroga. Udało im się odeprzeć atak i ocalić miasto. Gdy ówczesny władca się o tym dowiedział, rozkazał pomalować szczyt baszty na biało i na cześć dzielnych mieszkanek nazwać ją "Basztą Białogłową", ponieważ kiedyś kobiety za sprawą białych czepków noszonych na głowach nazywano "białogłowami". [Źródło]
Mury miejskie, w tle Baszta Białogłówka, Stargard, ©Marchevka, 31.01.2015 r.
Mury miejskie, w tle Brama Młyńska, Stargard, ©Marchevka, 31.01.2015 r.
Baszta Białogłówka, Stargard, ©Marchevka, 31.01.2015 r.
Jedną z ładniejszych bram jest natomiast Brama Wałowa w północno-wschodniej części umocnień miejskich. Wybudowana w pierwszej połowie XV w., natomiast renesansowa nadbudowa została wykonana w XVI w. Zniszczona w czasie II wojny światowej została zrekonstruowana i jest jedyną renesansową bramą w regionie.
Brama Wałowa, Stargard, ©Marchevka, 31.01.2015 r.
Przechadzając się po parku, przekroczyliśmy Inę i podziwialiśmy zimowy nadrzeczny pejzaż. Między drzewami zaś po lewej prześwitywał arsenał z XV w., do którego już się nie wracaliśmy, a który także jest unikatem na skalę Pomorza, bowiem nigdzie indziej nie zachował się obiekt o podobnym przeznaczeniu.

Ina, Stargard, ©Marchevka, 31.01.2015 r.
Wychynęliśmy z parku prosto na plebanię oraz Kolegiatę NMP. Budyneczek pierwszy z prawej powstał prawdopodobnie już w XIV w., środkowy w XVI, zaś ostatni, najmniejszy, w XIX w. Kolegiata natomiast stanowi najcenniejszy zabytek zachodniopomorskiej architektury. Jej budowa rozpoczęła się już w 1292 roku! 
Plebania i Kolegiata NMP, Stargard, ©Marchevka, 31.01.2015 r.
Po tym krótkim przerywniku wracamy na obronny szlak...
Baszta Jeńców, Stargard, ©Marchevka, 31.01.2015 r.
I nie musimy długo czekać na nieoczekiwany zwrot akcji. Idziemy sobie niczego nieświadomi, a przed nami, na środku ulicy wyrasta... BASZTA! A dokładnie Baszta Tkaczy, której nazwa jest związana z cechem tkaczy, który w razie konfliktu był odpowiedzialny za obronę murów miejskich między ową basztą a Bramą Pyrzycką.
Baszta Tkaczy, Stargard, ©Marchevka, 31.01.2015 r.
Sąsiadująca z Basztą Tkaczy szesnastowieczna Basteja w mądry sposób łączy ze sobą nowoczesność z zabytkami. Z zewnątrz dość niepozorna pod względem miejsca, w środku zagospodarowana w sposób przemyślany, gdzie mogliśmy się rozgrzać, przeprowadzić kilka ciekawych eksperymentów oraz spocząć, oglądając projekcję o historii miasta z elementami historii Pomorza Zachodniego. Widoczne na zdjęciu schody wzdłuż murów miejskich udostępnione są zwiedzającym przy sprzyjającej pogodzie.
Basteja, Stargard, ©Marchevka, 31.01.2015 r.
Wejście do muzeum, Stargard, ©Marchevka, 31.01.2015 r.
Następnie schodami wzdłuż murów miejskich dotarliśmy do Bramy Pyrzyckiej i dalej do mojej ulubionej Baszty Morze Czerwone. Jednak zimowe zdjęcia przy niezbyt dobrym świetle nie oddają całego jej uroku, a szkoda, bo wyróżnia się ona wzorkiem ułożonym z cegieł w czasie budowania.
Ścieżka wzdłuż murów obronnych, Stargard, ©Marchevka, 31.01.2015 r.
Brama Pyrzycka, Stargard, ©Marchevka, 31.01.2015 r.
Park Piastowy, Stargard, ©Marchevka, 31.01.2015 r.
Baszta Morze Czerwone, Stargard, ©Marchevka, 31.01.2015 r.
Mury miejskie, Stargard, ©Marchevka, 31.01.2015 r.
I znaleźliśmy się w centrum miasta, gdzie mogliśmy zobaczyć miejski ratusz. Pierwszy obiekt tego typu powstał w Stargardzie w XIII wieku. Spalony po czterech wiekach, był odbudowywany o udoskonalany aż do XIX wieku. Ponownie został zniszczony w końcówce wojny. Ostatecznie nowe życie zyskał w latach '60 ubiegłego stulecia i cieszy oko okazałymi maswerkami na fasadzie. Tradycyjnie już, jak na stargardzkie zabytki przystało, także ratusz stanowi unikat w regionalnej skali jako największy tego typu obiekt z epoki średniowiecza.
Ratusz miejski, po prawej fragment Odwachu, Stargard, ©Marchevka, 31.01.2015 r.
I tak właśnie wyglądała wycieczka po mieście znajdującym się na Europejskim Szlaku Gotyku Ceglanego. Początkowo byłam delikatnie oburzona, bo "jakiś tam Stargard jest, a Kołobrzeg nie!" ale rzeczywiście nie ma się o co gniewać, bo miasto to jest niewątpliwym Klejnotem Pomorza, co zaznaczyłam już na wstępie. W mieście znajduje się wiele zabytkowych domów i kilka kościołów, jednak byłam tak zafascynowana wielością i różnorodnością średniowiecznych umocnień, że i tutaj położyłam na nie zdecydowanie większy nacisk niż na pozostałe zabytki.
Dworzec w Stargardzie, Lokomotywa PT 47, Stargard, ©Marchevka, 31.01.2015 r.
A jeszcze nawiązując do tytułu - decyzją Rady Ministrów miasto Stargard Szczeciński z dniem 01.01.2016 r. zyskało nową nazwę poprzez odjęcie od dotychczasowej przymiotnika "Szczeciński", więc od kilku tygodni Stargard jest po prostu... sobą :)
Chociaż jeszcze nie wszędzie wprowadzono zmiany, bowiem tablice drogowe wciąż prowadzą nas do Stargardu Szczecińskiego:
Tablica drogowa, Szczecinek, ©Marchevka, 23.01.2016 r.

piątek, 22 stycznia 2016

Zachodniopomorskie '16

Nowy rok nastał, stare sprawy pozamykane, można jechać dalej. Niniejszy wpis jest wpisem organizacyjnym, wypełniającym formułę tego bloga, a mianowicie określający myśl przewodnią na najbliższy rok. Zastanawiałam się, co by tu na ten rok opracować i jakoś dużo czasu mi to nie zajęło, więcej czasu zajęło mi wymyślenie nazwy. Mam sporo fotografii z różnych zakątków mojego województwa, których jeszcze nie opublikowałam. Poza tym często są to miejsca, w które zwykły turysta nie zajrzy, bo Pomorze Zachodnie to albo plaża w Kołobrzegu, stawa Młyny w Świnoujściu, dyskoteka w Mielnie albo Pojezierze Drawskie bądź kajakowe spływy Parsętą. Mało kto się włóczy po miejscowościach nieturystycznych, co było doskonale widać w komentarzach pod notkami o Białogardzie i Świdwinie. A ja się włóczę i mam zamiar Wam co nieco pokazać.
Herb
Herb województwa zachodniopomorskiego
Źródło
Poza tym moje życie od pewnego czasu to całe pasmo zmian, nowych wyzwań i zobowiązań, przez które niekoniecznie mogę sobie pozwolić na długie i dalekie wyjazdy. Raczej skupię się na tułaczce po najbliższej okolicy. A dodając do tego rozbudzenie dawnej pasji do podróżowania rowerem oraz nowej – wielokilometrowych marszów, robi się całkiem ciekawie!
Tym razem nie mam planów co do ilości wyjazdów, odwiedzonych miejscowości, zaliczonych gmin czy powiatów. Nie mam ambicji pokonania określonych odległości rowerem, na razie jestem w fazie budowania formy, którą realizuję w siłowni ze względu na zalegającą na chodnikach mokrą błotnisto-śniegową breję. Nie wiem, ile będzie wypadów rowerowych, ile pociągowych. Nic nie wiem. Będzie spontan, będzie śmiesznie ;)
Zachodniopomorskie ’16 to tegoroczne hasło przewodnie bloga, które będzie jednak inne, niż dotychczasowe akcje, bowiem do tego szyldu dopisane będą nie tylko miejsca, które odwiedzę przez najbliższych 12 miesięcy. Pod tą etykietą znajdą się dotychczas odwiedzone miejscowości z terenu województwa, jak i wszystkie kolejne, które odwiedzę po 31.12.2016 r. Rozpoczynam już dawno rozpoczęty projekt, który w zasadzie trwa od początku istnienia tego miejsca w sieci. Mam nadzieję, że odkrywając przed Wami Zachodniopomorskie Morze Przygody, zachęcę Was do odwiedzin mojej małej ojczyzny! Pierwszy wpis już w przygotowaniu, za kilka dni zostanie opublikowany :)

piątek, 15 stycznia 2016

Marchevkowo na folkowo - podsumowanie


To już definitywny koniec cyklu Marchevkowo na folkowo. Ubiegły rok minął, jak z bicza strzelił. Dzisiaj poczynimy delikatne podsumowanie z przymrużeniem oka. Chociaż starałyśmy się, aby wpisy nie były nudne, dzisiaj totalnie kończymy z patosem. Uchylamy rąbka tajemnicy, wpuszczamy na warsztat, dzielimy się prywatnymi przemyśleniami. Zapraszamy!



– opisałyśmy 12 regionów...

– a co za tym idzie – 12 ludowych strojów:


– wpisy czytane były łącznie 6604 razy, a komentowane 294 (licząc z naszymi odpowiedziami). Najbardziej poczytnym był wpis o Ziemi Łowickiej, natomiast najmniejszą oglądalność zanotował wpis o krakowianach zachodnich;

– wykorzystałyśmy 39 pozycji książkowych, w tym do trzytomowego opracowania pani Elżbiety Piskorz-Brenekovej pt. „Polskie stroje ludowe” wracałyśmy przy tworzeniu każdego wpisu;

– czerpałyśmy wiedzę z 79 unikalnych serwisów internetowych, ponadto: przy tworzeniu większości strojów, Sava inspirowała się materiałami ze strony Polalech.pl, dziesięć razy sięgałyśmy do Wikipedii, pięciokrotnie do portali DialektologiaPolska oraz GwaryPolskie, a przy czterech wpisach przydatna była Lista Produktów Regionalnych Ministerstwa Rolnictwa;

– każda z nas pracuje w różnych godzinach, do tego Sava studiuje, a Marchevka na cztery miesiące poszła śmigać z karabinem po poligonie. Często jedynie nocą była cisza i spokój, by móc na spokojnie działać i nie odrywać się od pracy nad tekstem. Szczególnie noc z 11 na 12 dnia każdego miesiąca była nieprzespana dla obu. Łącznie poświęciłyśmy n-dziesiąt nocek na tworzenie;

– Marchevka wypijała średnio cztery kawy na wpis, co daje 48 kaw sypanych z dwóch łyżeczek i bez cukru w dużym kubku, czyli niemal 16 litrów kofeiny!

– Sava natomiast jest miłośniczką herbat różnego rodzaju, a w trakcie prac nad projektem wypiła niemal całą wodę z Wisły. Ludzie dzwonili pod numer 994 – Pogotowie Wodociągowe – bo nie wiedzieli, co się dzieje. Jeżeli zastanawialiście się, dlaczego poziom Wisły tak gwałtownie spadł w tym roku, to już wiecie. Ale przynajmniej dzięki temu ukazały się rozmaite skarby, zatopione w rzece od lat, nie ma więc tego złego...



Wielokrotnie w czasie całego cyklu spotykałam się z pytaniami „po co to robię” i „czy mi się chce?” No, do pisania bloga chyba jeszcze nikt nikogo nie zmuszał :) Jestem samoukiem ciekawym świata. W 2014 roku skończyłam kolejne w moim życiu studia i miałam ochotę na coś jeszcze. Już wcześniej myślałam o etnologii, ale w okolicy nie było nic o tym profilu, a dalekie dojazdy nie wchodziły w grę. Poza tym po kilku latach ciągle zajętych weekendów szkoda mi było znowu rezygnować  z wolnych sobót i niedziel, które można wykorzystać w ciekawszy sposób. I tak się stało, że nawinął się temat marchevkowego folkloru i zorganizowałam sobie studia we własnym zakresie :) Ponadto był to sprawdzian sumienności. Jeśli już się do czegoś zobowiążę, robię wszystko, by słowa dotrzymać. Motywowała mnie Sava, która odwaliła kawał dobrej roboty z grafikami, ale także motywowali mnie Czytelnicy, którzy czekali na każdy 12. dzień miesiąca.

Cały cykl był potężnym przedsięwzięciem, które w większości spoczęło na Savy i moich barkach. Tutaj nie można było sobie pozwolić na spontaniczność, planować trzeba było ze sporym wyprzedzeniem. Zebranie materiałów zabierało sporo czasu, a polski folklor jest obecnie zaniedbany i trudno o ciekawe, rzeczowe publikacje. Większość książek to opasłe i ponure tomiszcza, które zdecydowanie nie zachęcają do lektury. Szkoda, bo przecież polski folklor jest zupełnie inny – ciekawy i bajecznie kolorowy! Do tego brak kompleksowych opracowań. Możemy znaleźć albo książki o strojach ludowych, albo o muzyce, albo o sztuce. Brakuje całościowego spojrzenia na temat, możliwości zapoznania się z kompletem informacji o danym regionie. Źródła internetowe są bardziej i mniej wiarygodne. Dołożyłam wszelkich starań, by było rzetelnie, jednak trema była przy każdej publikacji posta. A prawda też jest taka, że prawdziwego ducha regionu nie można poznać tylko studiując literaturę. Trzeba ruszyć w teren, zajrzeć tam, gdzie zwykły turysta nie zajrzy i rozmawiać z ludźmi. Rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać.

Literatura to nie wszystko, bo starałam się, aby oprócz teorii i pięknych grafik autorstwa Savy, wpisy zawierały także zdjęcia, które by pokazały, że to wszystko nadal się dzieje i nadal trwa. Skutek był taki, że dużą część zeszłorocznych wyjazdów planowałam z uwzględnieniem skansenów i muzeów, czyli na pozór – nudy. A tak naprawdę: się działo! W Wejherowie, dokąd wyciągnęłam Tomika, zostaliśmy profesjonalnie oprowadzeni po muzeum przez przemiłą panią kustosz, która specjalnie dla nas w sobotę przyszła do pracy! Do Szamotuł wyciągnęłam tatę, który był bardzo zadziwiony, kiedy po półgodzinnej wizycie oznajmiłam „już mam, co potrzebuję, możemy jechać dalej”. Aha. Wspomniałam, że my do tych Szamotuł z Kołobrzegu jechaliśmy przez Warszawę?? :) W lubelskim skansenie natomiast zostaliśmy zamknięci z Kneziem, Mżawką i Talką! To był odjazd. Okazało się, że przed zamknięciem muzeum nikt nie sprawdził, czy na terenie ktoś się znajduje i zwyczajnie uniemożliwiono nam opuszczenie placówki. Dopiero po interwencji Knezia pojawił się pracownik ochrony z pękiem kluczy i zwrócił nam wolność ;) [Sava: szkoda jednak, że nie zostaliście w skansenie na całą noc, ale byłaby przygoda!]

Do tego ciągle z tyłu głowy pojawiała się myśl: w którymś okresie roku mogę zniknąć na cztery miesiące i co wtedy? Zawiesimy cykl? A kiedy go dokończymy? Czy mogę obciążyć Savę opieką nad blogiem? Czy zdążę napisać wszystkie wpisy do przodu? A później wszystko się tak szybko potoczyło, że nie było czasu na rozmyślanie, trzeba było działać. Godziny spędzone przy komputerze, setki wymienionych wiadomości. No i decyzja, że chociaż wcześniej ustalony był podział: Sava – grafika, Marchevka – tekst, to w obliczu mojego powołania do wojska ten ład stanął na głowie i priorytetem stało się nie – trzymanie się podziałów, a  dokończenie projektu, bo zniknęłam na cztery ostatnie wpisy. Ale wszystko się udało i za to dziękuję Savie – że mogłam zostawić blog pod jej opieką, że mogłam w całości poświęcić się szkoleniu i że jednak co zaczęłyśmy, to skończyłyśmy, ale to akurat było bardziej niż pewne. Obie jesteśmy bardzo ambitne i sumienne, więc nie było innej opcji. I jeszcze za cały ponad rok współpracy, kiedy bywało i śmieszno, i straszno. W większości śmieszno, ale problemy techniczne, na jakie czasami się natykałyśmy, doprowadzały mnie do szału, a czasami i... do łez ;)

Praca nad projektem była niewątpliwie ciekawym doświadczeniem i treningiem organizowania własnej pracy. To nie było „kopiuj – wklej”, tylko prawdziwa analiza, której niejednokrotnie tak często nie poddawałam materiałów w czasie prawdziwych studiów! Absolutnie, nigdy nie dopuściłam się plagiatu, w dodatku zawsze wszędzie wykazuję źródła, jednak tutaj chodziło o rzetelność przekazywanych informacji związaną z rosnącą odpowiedzialnością społeczną za popełniane czyny :) Poczułam misję, którą wypełnić chciałam jak najlepiej. Spędziłam trochę godzin w bibliotekach, zaglądałam we wszelkie zakamarki, które mogły mieć coś wspólnego z ludową tożsamością regionów. Szukałam ludzi mądrzejszych ode mnie, werbowałam do pracy innych blogerów, a nawet przypadkowych ludzi spotkanych w sieci, którzy mieli coś do powiedzenia i dali się wciągnąć do współpracy. A im więcej czytałam, im więcej się dowiadywałam, tym większe we mnie rosło sokratejskie przekonanie: scio me nihil scire. Na dzisiaj jednak kończę aż tak systematyczną pracę. Owszem, na bieżący rok są plany i zamysły, jedna już nie tak wyśrubowane, jak cykl Marchevkowo na folkowo. Muszę odpocząć, czytelnicy pewnie też :)

A Ty, Savo? Co powiesz o naszym wspólnym dziele?



Powiedzieć mogę to, że było fantastycznie i że bardzo, bardzo, bardzo szybko zleciał mi ten rok! Taka comiesięczna odliczanka znakomicie wypełnia harmonogram i zmusza do świadomej organizacji. Doskonale pamiętam, jak to się wszystko zaczęło, a mianowicie w październiku 2014 r. dekorowałyśmy podsumowanie cyklu Polska na 100%, Marchevka chciała się wystroić w łowicką spódniczkę (która, nawiasem mówiąc, była zrobiona z abażuru od lampy) i wyszła tak sympatycznie, że wskoczyła też na profil na fb. Odzew był natychmiastowy. Pomyślałam wtedy, że czemu by nie ubrać Marchevki w więcej strojów ludowych? A tak w ogóle, to czemu by się nie wgłębić w tę tematykę? Od słowa do słowa powstał zarys całego pomysłu, któremu Marchevka przyklasnęła, odpisując: Wchodzę w to! I zaczęły się cuda wianki i tańce na kiju! W niecały miesiąc ustaliłyśmy wszystkie szczegóły, takie jak: nazwa cyklu, szablon, nagłówki, czcionka i tym podobne sprawy techniczne, a także wymodziłyśmy grudniowy post zapraszający na nowy cykl. Musicie pamiętać, że jedna działała w Kołobrzegu, a druga w Warszawie. Ale w dzisiejszych czasach odległość fizyczna to najmniejszy problem, liczą się chęci i umiejętność zapanowania nad przedmiotami i urządzeniami, które według porzekadła są martwe, a ich złośliwość dawała nam się czasami we znaki tak bardzo, że byłyśmy święcie przekonane o ich żywotności i celowym działaniu na przekór nam! Oj, dały nam w kość, dały!

Od samego początku ustaliłyśmy, że Marchevka zajmuje się tekstem, a Sava – grafiką. W praniu okazało się, że robiłyśmy po prostu to, co trzeba było, żeby na czas zamknąć daną część i to było najważniejsze, zwłaszcza, kiedy Marchevka wyjechała. Teoria teorią, a życie życiem. Wiadomo, że różne sprawy się mogą po drodze przydarzyć, poza tym rok to naprawdę spory odcinek czasu, w życiu każdego człowieka w ciągu dwunastu miesięcy wszystko może się wywrócić do góry nogami. Każda przez cały czas miała wyrzuty sumienia, że może mimo wszystko robi mniej niż ta druga, dlatego nasze rozmowy wyglądały przeważnie tak:

Sava: Jeśli mogę pomóc czegoś szukać, jakichś informacji, muzyki, zdjęć, to powiedz, proszę, chętnie pomogę, powiedz tylko, czego potrzebujesz. Nie chciałabym, żeby wyszło, że ja narysuję parę marchewek i luz, a Ty się musisz o resztę martwić...

Marchevka: Sava, błagam! To ja mam wyrzuty sumienia, że Ty się napracujesz z tymi grafikami, a ja wkleję kilka zdań i będę mieć z głowy...

I tak w koło Macieju przez okrągły rok :)

Na samym początku nie wiedziałam jeszcze, jak ma to wszystko wyglądać od strony graficznej, ale przyjęłam pewne założenia, żeby spiąć cały cykl w niejakie plastyczne ramy. Dla czytelnika, który rzuci okiem co miesiąc na strój ludowy, może nie było to aż tak istotne, ale w ogólnym zestawieniu taka spójność jest bardzo ważna. Stąd pewne powtarzalne elementy, jak np. buty, wstążki, korale, kwiaty, a przede wszystkim – postawa modeli i marchevkowa natka. Nad pozycją, jaką przyjęły postaci, też trzeba było się nakombinować, w końcu stanęło na układzie pod boczki, czyli „na Marynę”. Jako że strój ludowy zawsze występuje w wersji damskiej i męskiej, u boku Marchevki niemal od razu stanął Pan Marchevek. Jako ciekawostkę dodam, że przełamałyśmy stereotyp i w naszych postach strój damski prezentowany był jako pierwszy – zazwyczaj jest odwrotnie i to nie tylko w kwestii stroju. Czegoś mi jednak w Marchevku brakowało, dopiero po pewnym czasie zorientowałam się, że koniecznie musi mieć wąsy – jak na prawdziwego Polaka przystało! :) I odtąd strojenie Pana M. zaczynało się właśnie od dopasowania wąsów. Chciałam, żeby każdy z dwunastu modeli nosił inny rodzaj wąsów... miałam napisać pod nosem, ale pp. Marchevkowie nie mają nosów ;) Jak to zwykle bywa w życiu, Marchevka też ma newralgiczny punkt – miejsce, w którym wyrasta natka. Ale wycinaka podklejona patyczkiem do szaszłyka jest dobrze usztywniona, sprawdzony patent! Strojenie Marchevki sprawiało mi ogromną frajdę i wiele się przy tym nauczyłam, jeśli chodzi o zagadnienia techniczne. Wierzcie, że czasami musiałyśmy się też nieźle nakombinować, żeby w ogóle znaleźć odpowiednie elementy, które nie mijałyby się z prawdą historyczną, a przy tym pasowały kompozycyjnie. Internet niby przepastny, jednak gdy przychodziło co do czego, to wcale nie był taki hojny.

Zajmowałam się też, szumnie brzmiącą, redakcją tekstu, chociaż uważam, że zbyt wiele do redagowania nie było. Bardzo lubię styl Marchevki: jasny, rzeczowy, szanujący język ojczysty (jak to na żołnierza przystało!), a przy tym pozwalający sobie czasem na jakiś mały psikus i humorystyczną wstawkę. Wtedy nawet najdłuższy post każdemu czytelnikowi ino się mignie :) Bardzo to cenię, ponieważ jestem lingwistą i amatorką języków jako takich, w szczególności języka polskiego. Ale, co tu ukrywać, zarówno stres, jak i presja czasu spowodowały, że nawet i dziś znajduję jakąś literówkę albo brak przecinka. Starałam się dokładać cegiełki do folkowych postów, dlatego też przesyłałam Marchevce książki, które udało mi się wyszperać. Cieszyłam się, że mogą się jeszcze do czegoś przydać i że będą dodatkową pamiątką po całej tej folkowej przygodzie. Książki są dla mnie bardzo ważne, uważam, że każdej z nich należy się uwaga i szacunek. Ostatnio wraz z Varsem daliśmy nowe życie 111 książkom, uwalniając je w akcji bookcrossingowej w bibliotekach plenerowych. Jeśli będziecie w Warszawie, to zapraszamy na spacer po parkach w różnych częściach miasta, można przysiąść na ławeczce i poczytać.

Zarówno grafiki, jak i tekst szybko uświadomiły mi, że skandalicznie mało wiem o moim kraju. Wstyd się przyznać, ale z geografią zawsze byłam na bakier, miałam problem z ulokowaniem w głowie konkretnych miejsc. Nigdy nie opanowałam nazw, ani tym bardziej lokalizacji 49 województw, nawet z 16 mam problem. Mapki Marchevki i opisy poszczególnych regionów zdecydowanie pomogły mi ogarnąć temat przestrzennie, ale i rzeczowo. Już gdzieś w połowie cyklu odkryłam, że rozpoznaję stroje ludowe, które napotkałam przypadkiem w telewizji czy internecie. Bardzo mnie to ucieszyło, prawda jest bowiem taka, że ten cykl jest nie tylko dla czytelników, ale też dla mnie samej. Odkrywałam Polskę krok po kroku, miesiąc po miesiącu, region po regionie. O wielu rzeczach nie miałam bladego pojęcia. Cudze chwalicie, swego nie znacie. Ten cykl dał mi naprawdę bardzo wiele. Uświadomiłam sobie, jak kolorowym i zróżnicowanym krajem jest Polska. Poznałam masę nowych słów, nazw potraw regionalnych i elementów stroju. Folkowy quiz jest podsumowaniem całego cyklu, ale też daje możliwość zrobienia szybkiej powtórki w każdym momencie, otworzyłyśmy go bowiem dla wszystkich chętnych. A przede wszystkim udowodnił mi, że projekt – nawet tak rozbudowany czasowo i logistycznie – można doprowadzić do końca, jeżeli współpracuje się z odpowiednimi osobami! Osobami, których się na oczy nie widziało, a którym się wierzy i ufa. Osobami rzeczowymi, odpowiedzialnymi, pracowitymi i prawdomównymi – tylko takie osoby bierzcie na swoich współpracowników!

Jakoś mi tak dziwnie i pusto bez folkowego cyklu... Cały rok upłynął pod znakiem ludowych strojów i przyznam, że gdy teraz robię jakąś grafikę bez ubrania, to mam ochotę powiedzieć Marchevce, żeby chociaż szlafrok narzuciła :D

Bardzo dziękuję Marchevce za cały rok (a nawet więcej) wytężonej pracy i za to, że zawsze mogłam na nią liczyć, a wszystko było dopięte na ostatni guzik. Bardzo dziękuję wszystkim Czytelnikom i uczestnikom konkursu. Dziękuję, że zechcieliście podzielić się w komentarzach swoimi opiniami i historiami, są one znakomitym dopełnieniem każdego wpisu! Jeżeli uprzyjemniłam Wam lekturę kolorowymi grafikami, to jest mi naprawdę miło.

Do zobaczenia na Marchevkowym szlaku i VarSavskich ścieżkach!


środa, 6 stycznia 2016

Mroźny spacer brzegiem Bałtyku

W magię chodzenia nie wierzyłam, póki nie poszłam do wojska. Tam z obciążeniem (dodatkowe około 15 kg na głowie, plecach, nogach) pokonywałam w szczycie szkolenia nawet kilkanaście kilometrów dziennie. To naprawdę niezły trening, a przeprowadzany regularnie przynosi niezwykłe efekty, szczególnie gdy odbywa się na niełatwym podłożu. My głównie chodziliśmy po piachu i to dość głębokim. Doceniam więc atut mieszkania nad morzem, bo nie muszę wyszukiwać miękkich bezdroży, po prostu idę na plażę, a że z Tomikiem mamy pewne plany wakacyjne, co do których taki trening się bardzo przyda - w miarę czasu śmigamy razem. Piachu ci u nas dostatek, jednak najdłuższy odcinek od Kamiennego Szańca do Portu pokonaliśmy już pierwszego dnia. Nudno ciągle tą samą trasą chodzić, więc dzisiaj, korzystając z dnia wolnego i ładnej pogody, wybraliśmy się do Podczela autobusem miejskim i wróciliśmy piechotą, co dało wynik niecałe 5,5 km w czasie trochę ponad godzinę. Oczywiście rekord to to nie jest, ale dużo było przerw na cykanie fotek i hasanie po plaży.

Pozdrowienia :), Podczele, ©Marchevka, 06.01.2016 r.
Wędrówkę rozpoczęliśmy od zajrzenia na nieistniejący już przystanek kolejowy Podczele. Jeszcze jakieś 10-11 lat temu była tam zadaszona wiata i ławki, obecnie nie zostało nic oprócz kawałka betonu, który kiedyś był peronem. Zdjęcia poglądowe i ku pamięci, bo zapewne za kilka lat i tego nie będzie. Przystanek kolejowy Żółczyce, niecały kilometr dalej w stronę Kołobrzegu, został rozebrany w czasie ostatniego remontu linii kolejowej.

Peron nieistniejącego już przystanka kolejowego Podczele, ©Marchevka, 06.01.2016 r.
Następnie przeszliśmy na drugą stronę DK11 i ulicą Na Grobli poszliśmy do Ekoparku, który znacie już stąd i stąd. Zimą jeszcze nie miałam okazji tu być, a byłam ciekawa, jak zachowują się solne bagna przy ujemnych temperaturach, bo wiadomo, że zbiorniki słodkowodne zamarzają, a jak to się ma ze słonymi? Okazało się, że na samym początku (kilkaset metrów od brzegu morza) lód jest całkiem solidny i gruby. Pokrywa lodowa robiła się coraz słabsza, im bardziej zbliżaliśmy się do morza. Przy samym końcu z zachodniej strony ścieżki zbiornik był całkowicie rozmarznięty, natomiast od wschodu lodu nie było jedynie w okolicy przepustu wodnego.

Ekopark Wschodni, Podczele, widok na zachód ©Marchevka, 06.01.2016 r.
Ekopark Wschodni, Podczele, widok na wschód ©Marchevka, 06.01.2016 r.
Ekopark Wschodni, Podczele, ©Marchevka, 06.01.2016 r.
Ekopark Wschodni, Podczele, ©Marchevka, 06.01.2016 r.
Po dojściu do morza nastąpił etap właściwy dzisiejszej eskapady. Zanim jednak zeszliśmy na plażę, dokładnie obejrzałam znaki informacyjne ze wskazaną drogą w stronę kołobrzeskich dębów. Czyli jednak prawda, że oznakowali szlak. Kilka lat temu z Tomikiem jechaliśmy rowerami na czuja, grzęznąc w błocie po kostki. Teraz nie dość, że jest wytyczony szlak, to jeszcze oznakowany. Sprawa jest o tyle warta uwagi, że ścieżka rowerowa z Kołobrzegu do Ustronia Morskiego stanowi fragment Międzynarodowego szlaku rowerowego wokół Bałtyku R-10 i takie oznaczenia na drodze tej rangi po prostu są niezbędne, by mogła ona aspirować do miana trasy europejskiej.

Oznaczenia na drodze R-10, Podczele, ©Marchevka, 06.01.2016 r.
Teraz czas na morze. Chociaż nie ma śniegu, zima doskonale daje o sobie znać. Zamrożone obiekty hydrotechniczne wyglądają bajkowo, otulone lodowymi czapami. Plaża też oblodzona, a zdradliwie pokryte warstwą piasku fragmenty wywoływały czasami w nas nieskoordynowane ruchy kończyn: dolne się rozjeżdżały, a górne machały, próbując złapać powietrze, żeby się przytrzymać :) Żadne z nas jednak gleby nie zaliczyło, chociaż momentami niewiele brakowało. 

Betonowy pomost na plaży, Podczele, ©Marchevka, 06.01.2016 r.
Ostrogi, Podczele, ©Marchevka, 06.01.2016 r.
Betonowy pomost na plaży, Kołobrzeg, ©Marchevka, 06.01.2016 r.
Szliśmy plażą równolegle do wyżej wspomnianej drogi R-10. Jedną z jej atrakcji jest drewniany mostek prowadzący przez najbardziej podmokły fragment w ciągu trasy. Sześć lat temu wiosną doszło tutaj do katastrofy ekologicznej, wskutek której wody roztopowe nie dość, że zerwały mostek, to przerwały wydmę i wydarły się do morza. Spowodowało to spore przetrzebienie walorów naturalnych solnych bagien, jednak ekosystem zdołał się podnieść po tej klęsce. Po tym epizodzie wydmy wzmocnione zostały kamienną opaską, a przepusty udrożnione, aby zapobiec w przyszłości zdarzeniom tego typu.

Trasa rowerowa R-10, Kołobrzeg, ©Marchevka, 06.01.2016 r.
Im bliżej byliśmy końca, tym bardziej plaża przeistaczała się w kamienistą i niewygodną. Na pewnym odcinku praktycznie zaniknęła. Do wyboru mieliśmy albo zejście z plaży kilkaset metrów przed kolejnym betonowym pomostem, albo wspinaczkę po kamiennych umocnieniach (co jest de facto zabronione), albo... pójście wodą. Tomek jakoś przedarł się między smagającymi falami a opaską kamienną, a ja poszłam dołem. Dziwne uczucie, chodzić po morzu w styczniu... ;>

Plaża, Kołobrzeg, ©Marchevka, 06.01.2016 r.
Umocnienia brzegowe, Kołobrzeg, ©Marchevka, 06.01.2016 r.
Kołobrzeg, ©Marchevka, 06.01.2016 r.
Plaża, Kołobrzeg, ©Marchevka, 06.01.2016 r.
I dotarliśmy do stałego lądu. Zeszliśmy z plaży przy ul. Wschodniej i ze słońcem w twarz wróciliśmy do domu. Cudownie było troszkę zmarznąć, a jeszcze fajniej usiąść spokojnie z kubkiem parującej herbaty i powoli się rozgrzewać :)

Miłego popołudnia! :)

Plaża, w oddali zarys latarni morskiej, Kołobrzeg, ©Marchevka, 06.01.2016 r.

Obserwatorzy