czwartek, 31 grudnia 2015

Podróżnicze podsumowanie 2015 - po pierwsze człowiek!

I minął kolejny rok, kolejne miejsca odwiedzone, nowi ludzie poznani, kolejne kilometry przebyte. Jak zwykle o tej porze, robię statystyczne zestawienia, które uwielbiam (chociaż większość ludzi twierdzi, że statystyka jest mega nudna). Przechodzę do rzeczy, wyszczególniając najciekawsze, moim zdaniem, liczby i fakty.

Łącznie 10836 km pokonanych pociągami, autokarami, samochodem


Liczę tylko kilometry wypadowe. Nie biorę pod uwagę wyjazdów rodzinnych, służbowych oraz dojazdów do i z jednostki. Tych ostatnich  wyszło mi… około 5500 km! Dodatkowo przebyłam około 600 km piechotą, ale tego nie ujmuję w ogólnej statystyce, ponieważ większość z tego stanowiło brykanie w kamaszach tu i tam oraz wszelkiego rodzaju treningi (bieganie i nordic walking). Zwiedzanie na piechotę to bardzo szacunkowe dane, nie mam nawyku noszenia ze sobą telefonu z uruchomionym Endomondo, a to na obecną chwilę chyba najdokładniejsze narzędzie do uzyskiwania tego typu danych. Dlatego też skupiam się tylko i wyłącznie na odległościach przebytych mechanicznymi środkami lokomocji.

Najdłuższa podróż w jedną stronę: 925 km, Kołobrzeg – Częstochowa



Watrowisko. Śmiech, rozmowy, spotkania, dobre jedzenie. Ludzie. Trzy dni dobrej zabawy, a przy okazji zwiedzenie fragmentu Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Tego się słowami nie da opisać, ale wdzięczność i radość, jaka mnie ogarnęła z powodu możliwości uczestnictwa w tym magicznym zlocie coś we mnie zmieniła. Przede wszystkim przekonałam się, że nie zawsze muszą być zdarte pięty od chodzenia i wygięty kręgosłup od dźwigania plecaka. Że czasami warto usiąść w spokoju i porozmawiać. Że podróże kształcą nie tylko wskutek ilości przebytych kilometrów i mnogości zwiedzonych atrakcji. Że czasami uśmiech, życzliwość, pomoc, współpraca przynosi więcej radości niż jakikolwiek dziki wypad w bliżej nieokreślonym kierunku.

Największy spontan: 1464 km w 32 h, Kołobrzeg-Siemiatycze-Kołobrzeg

Spotkanie autorskie Agi Ko w siemiatyckiej bibliotece
Zdjęcie ukradzione z fanpage bloga http://laviolettee.blogspot.com
Lubię spontany i lubię szalone akcje, ale tym razem przeszłam samą siebie. Rok zakończyłam z mocnym przytupem, gdzie kilka dni po powrocie z wojska zarzuciłam mandżur na plecy i rzekłam „mamo, wyjeżdżam, ale wrócę dokładnie za 32 h i razem ulepimy pierogi na święta”. Znajomi, gdy się dowiedzieli, jak daleko jadę, byli pewni, że wrócę na Święta a nawet po nich! A tu surprise. To był największy ekspres tego roku. I pewnie większości z Was wydaje się to niedorzeczne, powiem jedno: warto było. Nie zawsze poznaje się tak ciekawe osoby i nie zawsze ma się okazję uczestniczyć w premierze książki. No to ja okazję miałam i ją wykorzystałam. A w Święta grzałam się pod kocem i czytałam, tańcząc w deszczu :)

Odwiedzone województwa: 9


W klasyfikacji ujęłam wszystkie województwa, na terenie których miałam okazję zwiedzić przynajmniej jedną miejscowość, dlatego też zaliczyłam do tego zestawienia także województwo zachodniopomorskie, w którym mieszkam, ponieważ podróżowałam po mojej małej ojczyźnie w celach turystycznych (podobnie jak wyżej, nie liczę wyjazdów rodzinnych, służbowych i wojskowych). Sporo było jednodniówek, ale prawie zawsze znalazłam czas, by spotkać się ze znajomymi mieszkającymi w okolicy. Szybka kawa, chwila rozmowy, noc przegadana przy winie, uścisk ręki, przytulenie. Tylko tyle i aż tyle.

Odwiedzone obce kraje: 2

Byłam wiosną w Stralsundzie. Na zorganizowaną wycieczkę udało mi się wyciągnąć Tomika i razem oderwaliśmy się od grupy, żeby połazić własnymi ścieżkami. To było bardzo przyjemne powitanie pory ciepłej w naszym klimacie, a widok portu w pamięci mam do dziś i się nim karmię, gdy tęskno mi za wiosną.


Pożegnanie z cywilem świętowałam natomiast na duńskim Bornholmie z Tomikiem i Czterema Kotkami z Rzeszowa. Tak się złożyło, że na promie płynęliśmy przy jednym stole i chociaż podróż na wyspę była dla mnie tragiczna i mało ciekawa, tak już na miejscu ciągle mijaliśmy się z zaprzyjaźnioną rodzinką, a w kolejce na prom zdecydowaliśmy, że wracamy także wspólnie.  Powrót był zdecydowanie szczęśliwszy, rozmawialiśmy przez całą drogę, a na koniec wymieniliśmy się adresami mailowymi i kontakt trwa do dziś :)

Rok temu byłam zafascynowana faktem, że wbrew pozorom, przemierzałam kraj w towarzystwie innych osób. Teraz jestem tym wręcz podekscytowana! Nowe znajomości nawiązywane w czasie podróży, spotkania z blogerami, przenoszenie znajomości z internetu na niwę realną - mega odlot.

Cykl Marchevkowo na folkowo podsumowany zostanie w oddzielnym wpisie, pamiętajcie o ostatniej szansie na zdobycie upominków od Marchevki, Varsa&Savy i Klimatycznego Kołobrzegu poprzez rozwiązanie folkowego quizu.

Przyszły rok przyniesie kilka nowych pomysłów, których zarysy już kiełkują w głowie, a teraz proszę, przyjmijcie ode mnie najserdeczniejsze noworoczne życzenia spełnienia marzeń, realizacji wszystkich celów, sięgania wyżej, mocniej, dalej i wszystkiego najlepszego! :)

Wasza Marchevka.


wtorek, 22 grudnia 2015

Folkowy test o regionach – konkurs z nagrodami!


Cykl Marchevkowo na folkowo dobiegł końca, pora więc na małą powtórkę i podsumowanie, czego dowiedzieliśmy się przez ten rok. Zapraszamy Was na Folkowy test o regionach, w którym będziecie mogli sprawdzić, ile udało się Wam zapamiętać, a co może warto byłoby powtórzyć. Poniżej umieszczamy regulamin oraz wszystkie informacje niezbędne do wzięcia udziału w konkursie.

1. W konkursie Folkowy test o regionach mogą wziąć udział wszyscy chętni, osoby niepełnoletnie proszone są o uzyskanie zgody rodziców lub opiekunów;

2. Konkurs trwa od 22.12.015 r. od godziny 12:00, do 1.01.2016 r. do godziny 23:55;

3. Test dostępny jest na stronie QUIZME!

4. Aby wziąć udział w teście, nie trzeba tworzyć konta na portalu, wystarczy kliknąć button na stronie z quizem:

/link do testu znajdziecie poniżej/

5. Test składa się z 24 pytań jednokrotnego wyboru (tylko jedna odpowiedź jest prawidłowa);

6. Po zakończeniu quizu należy wpisać swój nick/imię w odpowiednim polu. Test można także ocenić oraz napisać opinię na jego temat; 


7. Odpowiedzi są dostępne po kliknięciu w button

8. Jeden uczestnik może rozwiązać test kilka razy, jednak będzie brany pod uwagę tylko pierwszy wynik. Jeżeli ktoś będzie miał ochotę kolejny raz rozwiązać test, proszony jest o podanie tego samego nicka/imienia i dodanie cyfry:


9. Nagrody otrzymają trzy osoby, które uzyskają najwyższą liczbę punktów. W przypadku, gdy taki sam wynik osiągnie większa ilość osób, pod uwagę będzie brana szybkość wypełniania testu – wygra uczestnik, któremu uda się wypełnić quiz w krótszym czasie;

10. W przypadku wygranej uczestnik musi wyrazić zgodę na podanie adresu. Prosimy nie podawać danych osobowych w komentarzu, adres kontaktowy: yolkanovak@gmail.com;

11. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone 2.01.2016 r. o godz. 12:00 w osobnym poście na tej stronie;

12. Udział w konkursie oznacza zaakceptowanie niniejszego regulaminu.


Jak jest konkurs, to muszą być i nagrody! Przygotowałyśmy dla Was kalendarz folkowy na 2016 rok oraz kołobrzeską niespodziankę.  Uwaga: Filemon niestety nie jest w pakiecie, po prostu bardzo chciał zapozować do zdjęcia! :)
Podium czeka!


Dostępny jest pod linkiem TUTAJ

START: 22.12.2015 godz. 12:00 
KONIEC:1.01.2016 godz. 23:55



2.01.2016 r. godz. 12:00







sobota, 12 grudnia 2015

Marchevkowo na folkowo – Ziemia koszalińsko-kołobrzeska



Pierwotnie tego wpisu miało nie być. Dopiero około połowy roku zdecydowałam, że musi się pojawić, bo byłaby to zdrada stanu. Taka na lokalną skalę, ale zawsze zdrada. Tym bardziej, że nasz region do zaoferowania ma wiele. Mówię „nasz” mając na myśli obszar byłego województwa koszalińskiego. Dlaczego nie obecnego zachodniopomorskiego? Ponieważ to Kołobrzeg jest moim rodzinnym miastem, chociaż urodziłam się w Koszalinie i tam też zdawałam najważniejsze, jak dotąd, życiowe egzaminy. Białogard i okolice natomiast to rodzinne strony mojej mamy. Mam do tych rejonów spory sentyment, co widać chociażby we wpisach o lennach pruskich. Województwo koszalińskie jest zatem moją małą ojczyzną i wewnętrznie czuję, że muszę napisać o moim regionie, na który obecnie składają się powiaty: kołobrzeski, koszaliński, białogardzki, drawski, szczecinecki, świdwiński oraz część sławieńskiego. Omawiany obszar leży na Pobrzeżu Słowińskim, we wschodniej części obecnego województwa zachodniopomorskiego. Od północy oblany wodami Bałtyku, od wschodu graniczy zaś z województwem pomorskim. Wbrew pozorom – na Ziemiach Odzyskanych także można znaleźć polski folklor i przyznam Wam już na wstępie, że sama tym faktem byłam bardzo zaskoczona.


Jamno było jedną z 11 wsi należących do Koszalina i stanowiło jego własność od 1331 roku. W prostej linii Jamno oddalone jest od Koszalina zaledwie o 6 km. Ubiór obecnie określany jako jamieński noszono w dwóch wsiach: w Jamnie i Łabuszu. Pierwsza z nich była bogatszą osadą o specyficznym położeniu geograficznym (na północy Morze Bałtyckie, na południu – bagna), dlatego też tradycje kulturowe zachowały się tam znacznie dłużej, żywe były nawet w okresie międzywojennym, a największy ich rozkwit przypadał na drugą połowę XIX wieku. Podczas II wojny światowej, a dokładnie w 1945 roku, mieszkańcy Jamna zostali wysiedleni i w ten sposób nastał kres tej odrębnej grupy etnicznej. Jeśli chodzi o sam strój, ograniczyć się trzeba do analiz pisanych oraz ikonograficznych źródeł archiwalnych. Ubiór jamieński powstał poprzez połączenie słowiańskiej odzieży miejscowej ze strojami kolonistów holenderskich i niemieckich. Strój prezentowany przez państwa Marchevków został wykonany na podstawie repliki stroju sporządzonego z ogromną starannością przez Muzeum w Koszalinie.

Zarówno panny, jak i mężatki nosiły na głowie krochmalone czółka. Gdy noszono jedno, otaczało ono głowę lekko zachodząc na czoło i zakrywając uszy, natomiast gdy wkładano dwa czółka, pierwsze z nich wchodziło pod spleciony na tyle głowy warkocz, a drugie mocowano na warkoczu. Marchevka w roli jamieńskiej panny młodej ma na głowie trzydziestocentymetrowy pailślubną koronę, która jest alegorią płodności kobiecej. Korona ta składała się z mosiężnej lub srebrnej obręczy o szerokości około 8 cm oraz konstrukcji, do której przytwierdzano kwiaty z materiału, szklane paciorki, sztuczne owoce, piórka i rozmaite błyskotki. Ostatnia tego typu korona została wykonana w 1840 roku, stanowiła własność całej społeczności i była wypożyczana z kościoła na czas zaślubin. Mężatki nosiły również czepki, które ściśle okalały głowę, zachodząc częściowo na czoło i policzki. Koszule szyto z wybielanego lnu, przy szyi wykończone były kwadratowym kołnierzem lub stojącą kryzą z białej koronki klockowej lub szydełkowej. Kołnierzyk spinany był na piersiach spinką w kształcie serca. Jednocześnie noszono nawet 3 do 5 spódnic, sięgały one połowy łydek. Aby poszerzyć sylwetkę i uzyskać pękatość figury, poniżej talii noszono pod spódnicą wałek wypchany watą lub wełną. Zapaski nosiły zwykle dziewczęta i panny młode. Gorsety szyto z tego samego pasiastego materiału, co męskie kamizelki i czapki. Do figury dopasowywane były pionowymi zaszewkami. Przód gorsetu zdobiły naszycia ze srebrnych i złotych galonów. Gorset sznurowano ozdobnym, czarnym sznurkiem lub wełnianą tasiemką, nie był on jednak sznurowany zbyt mocno – spod sznurowania widać było ozdobą wstawkę. Okryciem wierzchnim był kaftan (kabatek) sięgający nieco poniżej pasa, szyty z czarnego lub granatowego sukna, podszywany czerwonym materiałem, podobnie jak w wersji męskiej. Przy szyi wykończony był półokrągło, nie był zapinany. Biżuteria podkreślała uroczysty charakter stroju, do ślubu wkładano pas, a na szyję – aksamitkę z ozdobnymi sprzączkami. Na nogi kobiety wkładały bawełniane lub wełniane pończochy, a na to półbuty lub wyższe buty na niewielkim obcasie. Jako ozdobę kobiety nosiły też w ręku haftowane chusteczki z koronkowym brzegiem.

Mężczyźni nosili dwa rodzaje nakrycia głowy: wełniane czapeczki i kapelusze. Czapeczki wykonywano z tego samego materiałowego pasiaka, z którego szyto kamizelki. Czapeczki te miały kształt biretu noszonego przez duchownych luterańskich. Cylindry, czyli filcowe, czarne kapelusze, lekko poszerzały się ku górze. Główkę cylindra zdobiły pasy z nici metalowych. Kapelusz pana młodego, czyli pana Marchevka, przyozdabiano kwiatami. Koszule o przyramkowym kroju z wąskimi mankietami szyto z lnianego płótna. Pod szyją wiązano jedwabną chustę, która swobodnie opadała na piersi. Na koszulę wkładano kamizelkę sięgającą nieco poniżej linii bioder, zapinaną na około 10 błyszczących guzików. Brzegi kamizelki lamowano czarną tkaniną. Do świątecznego stroju na kamizelkę wkładano sukmanę (surdut, Futterhemd) szytą z czarnego lub granatowego sukna samodziałowego, dodatkowo podszyta była ona cienkim, czerwonym suknem. Sukmana byłą prosta, bez kieszeni, nie miała zapięcia, sięgała za kolana. Spodnie szyte były z białego płótna, wpuszczane były w wysokie buty z cholewami z czarnej skóry.[1]

Dość trudno mówić tu o spójnej tradycji tego regionu ze względu na jego burzliwe dzieje i przechodzenie we władanie między Państwem Polskim a naszymi zachodnimi sąsiadami. Obecnie, w czasach powojennych, także ciężko o jednogłośność, ponieważ Ziemie Odzyskane zostały zasiedlone przez ludność napływową ze wschodnich terenów Rzeczypospolitej. Tak samo współpraca międzymiastowa różne się układała, także na odrębne funkcje poszczególnych miast, z czego najbardziej charakterystyczny był Kołobrzeg, posiadający status twierdzy oraz uzdrowiska, przy czym Koszalinowi także nie sposób odmówić sporej roli obronnej, czemu wyraz dają liczne pozostałości fortyfikacyjne. Na terenie byłego województwa koszalińskiego odbywają się jednak cyklicznie imprezy, które nawiązują do przeszłości tych ziem i podtrzymują regionalne tradycje.

W moim odczuciu koronnym wydarzeniem nawiązującym także do tego cyklu, jest jarmark jamneński oraz wesele jamneńskie. Jarmarki odbywają się cztery razy w roku, trzy w porze letniej i raz w grudniu. Organizowane są przez Dział Etnograficzny Muzeum w Koszalinie. Ma na celu propagowanie lokalnego rękodzieła i sztuki, a także podtrzymywanie tradycji i folkloru tych ziem. Impreza odbywa się na terenie muzeum, niemal w centrum miasta, w otoczeniu zabytkowych chałup pochodzących z okolicznych wsi.


Następnym jest Bitwa o krowę między Białogardem a Świdwinem, organizowana na pamiątkę wydarzeń z 1469 roku! Wtedy to na okres zimowy pewien świdwinianin wypożyczył krowę białogardzianinowi. Wraz z nadejściem wiosny krowa, wbrew umowie, nie powróciła do prawowitego właściciela, co doprowadziło do prawdziwego rozlewu krwi. W boju zginęło aż 300 mieszkańców Białogardu, który ostatecznie potyczkę wygrał. W pięćsetną rocznicę tych wydarzeń, w 1969 roku, włodarze obu miast postanowili zorganizować zawody na  pamiątkę historycznych walk. Do dnia dzisiejszego, na przemian Białogard i Świdwin, organizują zawody między miastami, a przechodnie trofeum stanowią, a jakże, krowie rogi. Impreza odbywa się w czerwcu lub w lipcu, a kończy się radosną biesiadą. W tym roku zwyciężyła drużyna z Białogardu :)

Od 1991 roku w Kołobrzegu odbywają się także barwne międzynarodowe spotkania z folklorem Interfolk. Od kilku lat bywałam tylko na kończących festiwal pokazach fajerwerków, które naprawdę są efektowne, ale w tym roku postanowiłam pójść także na koncert galowy i był to strzał w dziesiątkę. W tegorocznym festiwalu udział wzięły zespoły ludowe naszych sąsiadów: Ukrainy, Białorusi i Czech, a gospodarzem był zespół pieśni i tańca Politechniki Warszawskiej. Rokrocznie udział biorą też zespoły z odległych zakątków świata i w tym roku odwiedzili nas jakże barwni i egzotyczni… Panamczycy! Myślę, że Interfolk doskonale wpisał się w formułę Marchevkowo na folkowo, dlatego wrzucę kilka zdjęć z tegorocznego koncertu jako mały bonus ;-)









Usytuowanie środowiskowe tych ziem, a przede wszystkim bliskość morza spowodowały, że codzienne zajęcia w dużej mierze związane były z rybołówstwem i wszystkim, co z życiem nad brzegiem Bałtyku wiązać się może. W Kołobrzegu najbardziej rozwinięte było warzelnictwo soli. Tradycje te zapoczątkowane zostały już w VII wieku. Pierwsze warzelnie powstały na Wyspie Solnej, gdzie występowały słone źródła. Sól pozyskiwana była metodą odparowywania popularnej solanki, która zawiera, wg różnych źródeł, 6-7 promili soli, czyli z litra wody można uzyskać 6-7 g soli. Do dzisiaj zachowane jest jedno ogólnodostępne źródełko solanki, znajdujące się na Wyspie Solnej, nieopodal zabytkowych warzelni. Woda cieszy się ogromnym zainteresowaniem nie tylko wśród turystów. Doskonale nadaje się do kwaszenia ogórków, w sezonie na wekowanie można zaobserwować wzrost liczby osób wyposażonych w baniaki różnej pojemności, nabierających wody niezbędnych do robienia przetworów.

Oczywiście w nadmorskich miejscowościach istniało także szkutnictwo, wyplatanie sieci rybackich, czy też rybołówstwo, ale nie samym Bałtykiem człowiek żyje. Ponadto warzelnictwo było takim lokalnym odwołaniem do czasów średniowiecza, unikalnym na skalę przynajmniej folkowego cyklu. Poza tym mieszkańcy ziem Środkowego Pomorza wiedli normalne życie, w późniejszych wiekach zakładali cechy piekarzy, murarzy. Zajmowali się bartnictwem i wszystkim, co do życia było niezbędne. Nie będę teraz opisywać poszczególnych zawodów i fachów, ponieważ już doskonale je znacie :) Po takiej przeprawie przez polski folklor naprawdę nie widzę potrzeby, by kolejny raz opisywać coś, co już nie raz było omawiane.


Kołobrzeskie pieczęcie cechowe, po lewej: cech murarzy, po prawej cech piekarzy.
Pieczęcie znajdują się w zbiorach Muzeum Patria Colbergiensis.
A tutaj mam zagwozdkę. W szkicu wpisu przez długi czas wisiał rząd znaków zapytania, bo co tu pisać? Pokolenie moich rodziców jest pierwszym pokoleniem urodzonym na tych ziemiach. Dziadkowie po kądzieli przybyli tu z Lubelszczyzny. Gwara nie kształtuje się w ciągu dwudziestu lat, to po pierwsze, a po drugie, nie wędruje z pojedynczymi osobami, bo z biegiem lat zaniknie pod naporem zastanego, dominującego dialektu. I owszem, w domu babci słyszę naleciałości gwary lubelskiej, ale to nie znaczy, że wszyscy nowoosiedleni (w latach powojennych) są z tamtych okolic i tak mówią. Są Kresowianie, jest ludność z Podkarpacia, są enklawy ukraińskie. To jak z tą gwarą u nas jest? Znalazłam naukowy opis, który takie mieszane sposoby mówienia połączone z różnych odłamów nazywamy nowymi dialektami mieszanymi. Występują one nie tylko w województwie zachodniopomorskim, ale na całej polskiej ścianie zachodniej: w województwach lubuskim i dolnośląskim oraz na północnym skraju województwa warmińsko-mazurskiego oraz na  zachodnim skraju pomorskiego. Dialekty te to nie są nowe twory, odrębne od pozostałych, wyróżnianych na terenie kraju, ale ogólna współcześnie używana polszczyzna z zapożyczeniami regionalnymi, w zależności od pochodzenia grup jej używających.


Ogórek kołobrzeski to ogórek, w zależności od opcji, małosolny bądź kiszony. Nie ma tutaj sztywno ustalonych proporcji poszczególnych składników. Składniki podstawowe też są te same, co w innych częściach kraju: ogórki, koper, chrzan, czosnek. Różnica polega tylko na użyciu solanki z ujęcia nr 18, czyli ogólnodostępnego źródełka na Wyspie Solnej. Zawarte w wodzie mikroelementy nadają ogórkom niespotykany gdzie indziej smak oraz zapach. Pojechałam zrobić fotografię ujęcia, jednak trafiłam na prace porządkowe, więc aby nie przeszkadzać w pracy sympatycznym panom, uwieczniłam tylko tablicę znajdującą się nad źródełkiem.

„Pszczelarstwo było przez stulecia jednym z tradycyjnych zajęć miejscowej ludności. Ponad dziewięćset pszczelich rodzin zbierało nektar z Puszczy Drawskiej. Dziś teren ten leży w obrębie Drawskiego Parku Krajobrazowego, obfituje w bogactwo wszelkiej roślinności i niezliczoną ilość pożytków pszczelich. Blisko dwustu pszczelarzy pozyskuje miód, zachowując tradycje tego ginącego już zawodu. Dzięki tradycji właśnie oraz niezwykłej czystości środowiska i wyjątkowej trosce o rodziny pszczele, miód ten jest najwyższej jakości. Marka miodów Drahimskich daje mu gwarancję i metrykę pochodzenia. Miód Drahimski jest złotem tego regionu, a pracowite pszczoły symbolem jego gospodarnych mieszkańców.”[2]

Produkty tradycyjne to tylko część regionalnych kulinariów. Na uwagę zasługują także lokale, które oferują kuchnię nie tylko polską czy staropolską, ale swoją kartą nawiązujące do tradycji ziem, na jakich działają. I tak nie sposób nie wspomnieć o Gospodzie Jamneńskiej, która mieści się w bezpośrednim sąsiedztwie Muzeum w Koszalinie, w otoczeniu zabytkowych zabudowań. Urządzona w staropolskim klimacie oferuje dania wieprzowe, a także dziczyznę oraz potrawy z morskich ryb.


Skansen Chleba w Ustroniu Morskim to jedno z dwóch muzeów chleba w Polsce. Mało można znaleźć na ten temat w internecie, być może dlatego, że odwiedzający to miejsce nie wiedzą, co napisać. Ja też nie wiem. Głównym nurtem działalności Skansenu jest zapewne restauracja serwująca tradycyjne dania. Samo muzeum jest ciekawe, ale pod warunkiem uczestnictwa w zajęciach zorganizowanych z przewodnikiem. Wtedy można wyrobić swój własny chleb i nawet go upiec! Indywidualna wycieczka nie ma sensu, chyba że ktoś będzie chciał zrobić sobie krótki postój na trasie. Wtedy zamiast na pobliskiej stacji benzynowej, warto zatrzymać się na parkingu skansenu. Wstęp jest bezpłatny, a kilkuminutowy spacer będzie dobrą przerwą po wielogodzinnej podróży ;)

Kołobrzeska Karczma Solna, znajdująca się na Wyspie Solnej, nad Parsętą, nieopodal wspomnianego już w tym wpisie ujęcia solanki, także może okazać się ciekawą propozycją dla kulinarnych podróżników. Oferuje specjały o intrygujących nazwach (np. karczmiany wisielec), a także ryby w różnych kombinacjach, bo cóż innego nad morzem?

Poszukując inspiracji do tego działu, natknęłam się na ciekawy artykuł autorstwa kołobrzeskiego historyka, dra Roberta Dziemby o kołobrzeskich wydawnictwach i drukarniach na przestrzeni dziejów. Myślę, że warto poczytać. Autor zgromadził nie tylko garść ciekawych informacji, ale także zdjęcia ówczesnych gazet, co w moim mniemaniu jest bezcenne. Mimo niemieckiej przeszłości Kołobrzegu. Ciekawych zapraszam TU.
 Tak jak i dawniej, tak i teraz aktywnie na terenie miasta działają historycy, pisarze, poeci, fotografowie. Wśród publikacji możemy znaleźć wiele dotyczących miasta. Do moich ulubionych należą albumy autorstwa pana Jerzego Patana, który  przedstawia historię Kołobrzegu w obiektywie.
Nie wszyscy wiedzą, że Sava jak ryba w wodzie czuje się w antykwariatach. Ma oko do wyłapywania ciekawych pozycji i w toku tworzenia cyklu marchevkowego co i rusz podsyłała mi różne książki, bardzo przydatne w tworzeniu  kolejnych wpisów. I tak któregoś pięknego dnia weszłam w posiadanie książki pt. „Ziemia kołobrzeska”. To jest dopiero odjazd! Moje ulubione fragmenty to ten o planach rozwoju miasta w kolejnych latach (ciekawie się to czyta z perspektywy +50 lat do przodu), a także uproszczony plan miasta z nazwami ulic rodem z ówczesnego ustroju (Cyrankiewicza, Bieruta, Lenina itp.).


Jednak nie tylko o Kołobrzegu i nie z Kołobrzegu twórcy piszą. Pochodzący z Białogardu, a mieszkający w Kołobrzegu, Lech M. Jakób wśród okolicznej młodzieży znany jest z cyklu książek o przygodach Filipa Szalonego. Jednak to nie jedyne osiągnięcie tego autora, bowiem pisze także wiersze, powieści oraz tworzy aforyzmy.

Poetów również nie brakuje, w minione lato miałam okazję poznać panią Krystynę Pilecką, koszalińską działaczkę i poetkę. W swoich wierszach odnosi się do najprostszych i dotykających każdego z nas spraw: miłości, wiary, także tęsknoty.
 
W Jamnie działa Zespół Śpiewaczy Jantarowy Kwiat. Według statutu, stowarzyszenie ma na celu propagowanie idei wspólnego śpiewania. Zespół uświetnia wiele uroczystości lokalnych na obszarze Koszalina i okolic. Zrzesza pasjonatów nie tylko wspólnego tworzenia, ale także propagowania tradycji, bowiem członkowie zespołu występują w strojach nawiązujących do ubiorów noszonych przez dawnych mieszkańców Jamna. Poza tym są to ludzie niesamowicie ciepli i życzliwi, czerpiący radość z tego, co robią. Miałam okazję obejrzeć występy Jantarowego Kwiatu w sierpniu podczas Jarmarku Jamneńskiego oraz zamienić kilka słów ze śpiewakami. Polecam wszystkim, akumulatory miałam naładowane na kolejne kilka dni!





O Jakubie Adebarze
„We wrześniu 1524 roku w Kołobrzegu miał miejsce bunt mieszczan, którego celem było ukrócenie poczynań rady miejskiej. Na czele zbuntowanych stanął wójt biskupi Jakub Adebar. Rodzina Adebarów była jedną z najbogatszych w Kołobrzegu i od lat rywalizowała o wpływy z równie wielkim rodem Schlieffenów, której członkowie do lat piastowali funkcję burmistrza. Buntownicy odnieśli niebywały sukces, a rada miejska przystała na ich żądania. Adebar został wybrany na przewodniczącego nowo utworzonego kolegium mieszczańskiego, którego zadaniem było doradzać radzie miejskiej, a faktycznie sprawować władzę w mieście. Nasz bohater zaczął prowadzić podwójną grę i dążył do faktycznego przejęcia urzędu burmistrza. Swoimi nieprzemyślanymi uczynkami zniechęcił do siebie swoich dawnych sprzymierzeńców. Nie bez znaczenia w narastaniu wrogości do niego były jego zdobycze miłosne wśród pięknych kobiet miasta. Wielu rajcom miejskim przyprawiał on przysłowiowe rogi. Kiedy sława Adebara zaczęła przygasać, w grudniu 1524 roku w ratuszu miejskim odbył się sąd nad nim. Za jego niecne uczynki skazano go na śmierć przez ścięcie toporem katowskim. Wyrok wykonano za ratuszem. Na głowicy jednej z kamiennych półkolumn ratuszowych, w miejscu, gdzie dokonano egzekucji, nieznany kamieniarz wyrzeźbił jego głowę. Wizerunek tej głowy miał pełnić funkcję odstraszającą przed surową ręką sprawiedliwości władz miejskich. Z biegiem lat wytworzył się kult Adebara, a kolumna, zachowana do dziś, nosi jego imię. Zgodnie z tradycją, pogłaskanie jej przynosi spełnienie życzenia, jest też gwarancją powrotu do Kołobrzegu.”[3]
O dobrych karzełkach znad brzegów Jamna
„Był to rok klęski i nieurodzaju. Padające przez całe lato deszcze niszczyły plony. Gniło zboże na polach i trawy na łąkach, a skoszone siano pływało w rozlewiskach wody. Pod strzechy mieszkańców Jamna, Łabusza i innych wiosek, rozrzuconych wzdłuż morskiego wybrzeża, zajrzała bieda. Każdego ranka skoro świt wychodzili ludzie z domów i spoglądali bezradnie w górę. Wiatr gnał od morza strugi siekącego deszczu – niebo było szare, nabrzmiałe grubą warstwą chmur. 
– Niedługo wszystko nam zmarnieje! – mówili między sobą. – Gdy przyjdzie zima, nie będzie chleba dla ludzi, ni karmy dla zwierząt. 
– Już teraz ryczą z głodu. Nie wypędzisz ich z obór w taką wodę... 
– Co tu robić? – pytali jedni drugich. 
– Nic! Trzeba czekać, może się kiedyś wypogodzi – odpowiadano. 
– Ale wtedy nie będzie co zbierać! 
– Przyjdzie głód, oj, przyjdzie! 
Słuchały ludzkich narzekań karzełki, które od niepamiętnych czasów mieszkały w głębi starego kurhanu przy drodze wiodącej z Jamna do Łabusza. Mieszkańcy tych stron wiedzieli o ich istnieniu i nazywali małych człowieczków Julkami. Nikt ich jednak na własne oczy nie oglądał – a to dlatego, że nie chciano zakłócać im spokoju. Obcy człowiek, który znalazłby się przypadkiem w pobliżu owego kurhanu, nigdy by nie dostrzegł starannie ukrytych wejść, znajdujących się na wzgórku tuż pod sosnami. Wejścia te – małe okrągłe otwory – prowadziły do podziemnej siedziby karzełków. Natomiast obcy człowiek z łatwością mógłby zauważyć niewielki staw, otoczony wokoło kamieniami i położony tuż obok drogi. Nikt by mu jednak nie powiedział, że stąd karzełki czerpią wodę dla potrzeb swego podziemnego gospodarstwa. Kiedyś przejeżdżali tędy rycerze z koszalińskiego grodu i chcieli napoić konie, ponieważ było bardzo gorąco. Ostrzeżono ich natychmiast, aby tego nie czynili, gdyż woda ze stawu nie nadaje się do picia ani dla ludzi, ani dla zwierząt. Omijali więc rycerze niegościnne miejsce.
Mieszkańcy Jamna i Łabusza utrzymywali w tajemnicy istnienie Julków. Nie pozwalali nawet dzieciom bawić się w pobliżu kurhanu. Dobre karzełki otaczały bowiem opieką okolicznych gospodarzy. W czasie głodu i klęsk nieraz przychodziły im z pomocą, dzieląc się zapasami żywności, zgromadzonej w podziemnych spichrzach. Dlatego po każdorazowych żniwach nie grabiono z pól wszystkich kłosów, aby niewidzialni dobroczyńcy mogli uzupełniać swe zasoby. 
Skończył się wreszcie okres szarugi. Odpłynęły chmury, ciepłe promienie słońca osuszyły zalane wodą pola. Jednakże pogoda przyszła zbyt późno – sczerniałe i porośnięte zboże nie nadawało się już do niczego, nawet na ściółkę dla bydła. Zbiory innych płodów zapowiadały się również nie najlepiej. Wszystkim było wiadomo, że nadchodząca zima przyniesie z sobą głód. Zebrały się więc karzełki na naradę. Wyszły ze swego oddalonego ukrycia, siadły na kamieniach otaczających staw i zaczęły rozważać, jak pomóc dobrym ludziom. 
– Słuchajcie! – rozstrzygnął sprawę najstarszy z rodu Julków. – Obliczyłem dokładnie nasze zapasy. Mamy obecnie dość żywności na całą najbliższą zimę i następne lata. Pomóżmy biedakom, którzy przez całe życie ciężko pracują na kawałek chleba i nikomu krzywdy nie czynią. 
– Zgoda, wszyscy się zgadzamy! – odezwały się liczne głosy. – Zawsze byliśmy ich przyjaciółmi i nie powinniśmy zostawiać ich w potrzebie.
Gdzieś w oddali dobiegł turkot wozu jadącego drogą. Julki zerwały się z kamieni i natychmiast znikły w głębi kurhanu. Nadeszła zima. Opadły liście, zasnęły drzewa w lesie. Mróz ściął lodem powierzchnię Jeziora Jamneńskiego. Ustały prace w polu, przerwano połowy ryb. Ludzie zaczęli przymierać głodem. Najbardziej jednak dokuczała bieda pewnej staruszce, mieszkającej na samym skraju wioski Jamno. Nie miała krewnych, żyła sama jedna na świecie. Wiek i choroby odebrały jej siły do pracy, toteż często musiała korzystać z pomocy sąsiadów, czasem nawet jałmużny. Dobrzy ludzie pamiętali o niej. Nie tylko obrabiali kawałek jej roli, ale od czasu do czasu ktoś przyniósł kobiecinie opałkę mąki na placki, niekiedy nawet owiniętą w płótno osełkę masła – inny znowu urąbał drewna pod kuchnię, żeby nie musiała się trudzić. Teraz jednak było szczególnie trudno i sąsiedzi nie mieli czym się dzielić. Toteż staruszka nie dziwiła się niczemu i z pokorą znosiła swój ciężki los. Pewnego ranka tak biedaczka zasłabła, że nawet nie miała siły wstać z łóżka.
– Już mi chyba zemrzeć przyjdzie – pomyślała bez żalu. Mimo to ostatkiem sił podniosła się, ażeby napalić pod kuchnią. Małe okienka były pokryte szronem i przepuszczały niewiele światła do wnętrza izby.
– Jakże mi ciemno w oczach – szepnęła. Zachwiała się na nogach i byłaby upadła, gdyby się nie wsparła o krawędź stołu. Nagle... 
– Skądże się to wzięło? – zawołała drżącym głosem. Na stole leżał bochenek świeżego chleba. Dotknęła go dłonią – był jeszcze gorący, jakby wprost z pieca wyjęty. Tuż obok niego stała miska z przegotowanym mlekiem. Rozejrzała się wokoło, myśląc, że ktoś z sąsiadów wyświadczył jej tę przysługę. Chciała podziękować za okazaną pomoc. Ale w izbie nie było żywej duszy. Uchyliła drzwi prowadzące do sieni. Na podłodze widać było smugi nawianego w nocy śniegu, którego nie naruszyła ludzka stopa. Wówczas staruszka domyśliła się, komu zawdzięcza tę niespodziewaną pomoc. Wielu jeszcze biedakom pomogły dobre karzełki. Za to następnego roku była piękna pogoda, dopisały zbiory i Julki mogły odnowić zapasy, którymi w ciężkich czasach dzieliły się z mieszkańcami Jamna i Łabusza.”[4]
O zamku Drahim
"Jednym z pierwszych starostów drahimskich był magnat Dobrogost Ostroróg. Miał on piękną żonę Grzymisławę, niestety jej urodzie nie dorównywał charakter. Była próżna i zła, niejeden biedak odchodził spod zamku głodny, ścigany przez psy obity kijami. Serce jej było nieczułe na ludzką biedę, lecz uwielbiała składane jej urodzie hołdy. W czasie jednej z licznych uczt na zamku, piękna Grzymisława zaprosiła swoich gości nad brzegi jeziora Drawskiego i wrzuciła do jego toni swój pierścień, mówiąc, że jej bogactwa są równie wielkie jak wody tego jeziora. Co więcej, stwierdziła, że tak jak nigdy nie zobaczy tego pierścienia, tak i nigdy te bogactwa się nie skończą. Następnego dnia wczesnym rankiem rybakom z Czaplinka trafiła się w sieciach olbrzymia ryba, i postanowili oddać ją staroście z Drahimia. Rzeczywiście, starosta ich wynagrodził i kazał rybę przygotować na wieczorną ucztę. Jakież zdziwienie spotkało sługi, gdy czyszcząc rybę znaleźli w jej wnętrzu pierścień, który widzieli wcześniej na ręce swej starościny. Kucharz natychmiast pobiegł do sali jadalnej, gdzie Grzymisława podejmowała gości i oddał jej pierścień. Na sali zapadło głuche milczenie. Kilka dni później do zamku przyjechał królewski lustrator. Wynik lustracji był druzgocący dla starosty. Zamek, broniący rubieży Rzeczypospolitej, był zaniedbany i nie gotowy do obrony. Król odwołał starostę, odebrał mu cały majątek, a piękna Grzymisława musiała żebrać o kawałek chleba, chodząc od domu do domu."[5]

  1. Nie tylko Wrocław ma swoje krasnale. W Kołobrzegu też są, a jest ich dokładnie 10 i siedzą na fasadzie jednego z gotyckich budynków. Którego? Ja Wam nie powiem, ale radzę się dowiedzieć, bo ta wiedza może się Wam przydać... już niebawem... ;-)
  2. Kołobrzeskie stare miasto znajduje się w...  Budzistowie, o czym mogliście przeczytać już TU.
  3. Na terenie województwa, w słusznie minionych czasach, stacjonowały jednostki Armii Radzieckiej. Wojska te posiadały nie tylko swoje koszary, ale i całe osiedla mieszkalne. Większość zabudowań po opuszczeniu obcych wojsk została zagospodarowana, ale nie wszystkie. Przykładem może być popularne miasto-widmo, Kłomino, znajdujące się nieopodal popularniejszego i zasiedlonego przez Polaków po 1992 roku Bornego Sulinowa. Można obejrzeć sobie galerię u Tomika TUTAJ.
  4. Podkołobrzeski poradziecki Bagicz i Podczele zostały zasiedlone, ale pozostałe opuszczone lotnisko budziło przez lata wiele emocji i spekulacji.  Najbardziej żywe reakcje wzbudzała teza, jakoby pod płytą lotniska miała znajdować się przystań dla łodzi podwodnych. Czy to prawda, czy też nie, już się chyba nie dowiemy, bowiem od kilku lat trwa systematyczna rozbiórka infrastruktury lotniskowej. Jakiś czas temu wrzuciłam galerię na fanpage, która dostępna jest po TYM linkiem.
  5. W 1980 roku wieś Karlino zyskała sławę na całą Polskę za sprawą wielkiej erupcji ropy naftowej w odwiercie Daszewo-1. Pożar trwał 32 dni, łunę, a nawet ogień, było widać z domu dziadków (ok. 15 km w linii prostej), a w akcji gaśniczej udział brał brat mojej mamy. Odbywał wtedy zasadniczą służbę wojskową i miał za zadanie regulację haubicy 152 mm do wymierzenia w tryskającą ropę. Miało to na celu zmniejszenie ciśnienia erupcji ropy, aby umożliwić założenie prewentera i tym samym zakończyć akcję ratowniczo-gaśniczą.
To już ostatnia wycinanka do kolekcji. Możecie ją pobrać TUTAJ i dołączyć do pozostałych Marchevek w folkowych strojach. Chętnie obejrzymy Wasze kolekcje, jeżeli zechcecie się podzielić zdjęciami, możecie je hasztagować #marchevkowonafolkowo. Zapraszamy :)



W dużej mierze pisałam już o miejscach z mojego regionu, do których warto zajrzeć. Wiele z nich cieszyło się dużym zainteresowaniem Czytelników, co dowiodło, że Pomorze Środkowe jest słabo wypromowane w innych częściach Polski i o ile przeciętny Polak wie, że Kołobrzeg=morze, tak już pozostałe atrakcje pozostają tajemnicą. Nie wspominam już o Białogardzie czy Świdwinie, które są zupełnie nieodkryte, a Koszalin często bywa mylony z Kołobrzegiem i lokowany na brzegu Bałtyku. Chociaż województwo zachodniopomorskie to obszar o wiele szerszy niż ten dzisiaj omawiany, zachęcam do przeglądania postów oznaczonych etykietą ZACHODNIOPOMORSKIE.
O Kołobrzegu, Świdwinie czy Białogardzie już pisałam i zapewne napiszę jeszcze nieraz.


Dotychczas nie miałam okazji napisania o zamku Drahim w Starym Drawsku, chociaż już kilkukrotnie się za to zabierałam. Do rezerwatu "Kamienne kręgi" w Grzybnicy wybieram się od dawna, mój brat mnie wyprzedził i podrzuca fotki. Mówi, że warto odwiedzić to miejsce.

Największym zaskoczeniem było to, że przez ponad dwa lata działalności nie napisałam nic o Koszalinie! Odbyłam kilka spacerów po tym mieście, a na studiach pisałam nawet pracę o historii wojskowości w Koszalinie. I nic. Może w przyszły rok będzie bardziej owocny? Nie obiecuję ;-) Bo chociaż jestem silnie związana z Koszalinem, nie urzeka mnie on. By nie powiedzieć, że... nie lubię go ;-)
Jest to miasto dla wnikliwych, którym się chce poszukać, bo na pozór Koszalin jest zwykły, szary, nudny. Ale kiedy już się wsiąknie, można zobaczyć prawdziwe oblicze miasta.


Tekst

Marchevka i Sava przy wykorzystaniu następujących źródeł:
  1. G. Bojar-Fijałkowski, O księżniczkach, zbójcach, karzełkach i...Wybór pomorskich legend [4];
  2. Folklorpomorza.jcom.pl [3];
  3. Gwarypolskie.uw.edu.pl;
  4. Marchevka, Mózg;
  5. Ministerstwo Rolnictwa [2];
  6. Tekst na postawie: E. Piskorz-Brenekowa Polskie stroje ludowe [1];
  7. Uzdrowisko.kolobrzeg.pl;
  8. Zamek Drahim [5].
Dział ciekawostki: Marchevka po konsultacjach z Tomikiem ;-)

Redakcja tekstuSava

Materiały graficzne
Ubrania państwa Marchevków – Sava:
Strój damski
– pail – na podstawie E. Piskorz-Brenekowa, Polskie stroje ludowe, po modyfikacjach;
– kabatek – na podstawie E. Piskorz-Brenekowa, Polskie stroje ludowe, po modyfikacjach;
– zpapaska – na podstawie E. Piskorz-Brenekowa, Polskie stroje ludowe, po modyfikacjach;
– spódnica – a podstawie E. Piskorz-Brenekowa, Polskie stroje ludowe, po modyfikacjach;
– buty – sklep internetowy z folkowymi strojami, po modyfikacjach.

Strój męski
– cylinder – na podstawie E. Piskorz-Brenekowa, Polskie stroje ludowe, po modyfikacjach;– chusta – na podstawie E. Piskorz-Brenekowa, Polskie stroje ludowe, po modyfikacjach;
– surdut – na podstawie E. Piskorz-Brenekowa, Polskie stroje ludowe, po modyfikacjach;
– buty – sklep internetowy z folkowymi strojami, po modyfikacjach;

Nagłówki – Sava;
Wycinanka – Sava;
Mapka konturowa – Marchevka;
Zdjęcie Kłomina – Tomik;
Zdjęcia pozostałe – Marchevka.


Obserwatorzy