niedziela, 8 kwietnia 2018

Rowerowe otwarcie sezonu

Pierwszy prawdziwie ciepły weekend należało wykorzystać maksymalnie. Sobotni chłodny wiatr nie zachęcał, ale w niedzielę, zgodnie z prognozami, aura zdecydowanie dopisała. Całe szczęście rower miałam już przygotowany do wiosny, więc po zjedzeniu solidnego śniadania wyruszyłam na szlak. Ścieżki do Dźwirzyna i Ustronia trochę mi się opatrzyły, chciałam czegoś nowego i to znalazłam. Udałam się na południe, w stronę Zieleniewa, mając w planie zapoznanie się ze ścieżką rowerową wiodącą aż do Gościna. Tak dalekiej trasy w planach nie miałam, początkowo obliczyłam, że sił mi starczy na jakieś 20 km, więc po 10 km chciałam zawrócić. Zawróciłam wcześniej...
Powtórzyła się sytuacja sprzed roku, kiedy to zgubiłam się w okolicach kołobrzeskiego cmentarza. Sytuacja tyleż komiczna, co żenująca, więc oszczędzę opisu. Teraz też zgłupiałam, ale przy cmentarzu wojennym. Tam miałam pierwszy przystanek, gdzie po rozeznaniu zawróciłam kilkadziesiąt metrów i przeprawiłam się na drugą stronę ulicy, by móc kontynuować podróż.
Cmentarz wojenny, Kołobrzeg, ©Marchevka, 08.04.2018r.
Jechałam chodniko-ścieżką, by już za Zieleniewem znów przeprawić się na drugą stronę jezdni i znaleźć się na ścieżce właściwej. Licznik wskazywał na przejechane 8 km. Wizja średnia, bo teoretycznie zostały mi 2 km do zawrócenia, a raczej nie zapowiadało się, bym dojechała do Błotnicy i kolejnego przejazdu przez ulicę. Po 10 km stwierdziłam, że jadę dalej, żeby chociaż zobaczyć, jak wygląda ścieżka w lesie.
Ścieżka rowerowa do Gościna, Bezpraw, ©Marchevka, 08.04.2018r.
Gdzieś tu minęło mi 10 km, Błotnica, ©Marchevka, 08.04.2018r.
Zdziwiłam się, kiedy w pewnym momencie polbruk się skończył, a przed oczami stanęła mi budowa nowej drogi S6. Zgłupiałam, bo nie było żadnych oznakowań, tylko jakaś ścieżka wytyczona siatką ochronną. Zatrzymałam się, by zrobić kilka zdjęć, a w tym czasie wyprzedzili mnie inni rowerzyści. Ruszyłam więc ich śladem i po przejechaniu budowlanych wyrobisk na powrót znalazłam się na ścieżce. Zrobiłam małą przerwę na zastanowienie się, co dalej i... pojechałam przed siebie, bo doszłam do wniosku, że nie chcę wracać tą samą drogą a w najgorszym razie jak wyjadę za daleko, zadzwonię po posiłki czy coś...
Ślepa uliczka - koniec gry, widok od strony Charzyna, Błotnica, ©Marchevka, 08.04.2018r.
Budowa drogi S6, Błotnica, ©Marchevka, 08.04.2018r.
Budowa drogi S6, Błotnica, ©Marchevka, 08.04.2018r.
Jedziemy dalej, Błotnica, ©Marchevka, 08.04.2018r.
I tymże sposobem dotarłam do Charzyna, gdzie przy małym sklepiku zatrzymałam się na łyk wody i kolejny raz zastanowiłam się, co dalej... Ale tym razem wątpliwości rozwiał drogowskaz na Ząbrowo, sugerujący 5 km do miejscowości. Szybko policzyłam, że skoro do Ząbrowa 5, a z Ząbrowa do Kołobrzegu niecałe 15 km, to chyba dam radę...
Czysta woda zdrowia doda!, Charzyno, ©Marchevka, 08.04.2018r.
Kolejny postój miałam już nad Parsętą, schroniłam się w cieniu i zrobiłam kilka zdjęć. Odpoczęłam moment i po cudownych dwóch zjazdach (w jednym miejscu miałam ponad 40 km/h) zebrałam siły na niewielkie, ale dość długie podjazdy. To było męczące, tym bardziej że jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności cały czas jechałam pod wiatr.
Most na Parsęcie, Ząbrowo, ©Marchevka, 08.04.2018r.
Nad Parsętą, Ząbrowo, ©Marchevka, 08.04.2018r.
Parsęta, Ząbrowo, ©Marchevka, 08.04.2018r.
Starałam się jechać z prędkością 18-20 km/h ale nie dało się wszędzie i np. w Pustarach w pewnym momencie licznik wskazywał wynik poniżej 10, ale było mi już wszystko jedno. Miałam tylko jeden cel - wrócić do domu. Na szczęście po skręceniu na Kołobrzeg było znów z górki i teraz w głowie miałam tylko jedną zagadkę - czy tym razem na górkę w Niekaninie wjadę, czy znów rower będę prowadzić, jak kilka lat temu, kiedy pierwszy i ostatni raz dałam się na taką trasę namówić Tomkowi.
Już bliżej jak dalej..., Pustary, ©Marchevka, 08.04.2018r.
Efekt był taki, że na górkę wjechałam, radośnie śmignęłam obok korka na Krzywoustego (wlot od Białogardu), spowodowanego budową drogi S6 i po czasie 2:09:15 zakończyłam trening z endomondo z wynikiem 32,79 km. Licznik rowerowy wskazał 33,58 km, ale różnica pewnie wynikała z tego, że GPS włączyłam i wyłączyłam w pewnej odległości od domu. Z 20 km zrobiło się ponad 30, czuję się świetnie, tylko trochę boli pewna część ciała. :P Jeszcze jeden pozytyw to taki, że przetestowałam moje nowe okulary z magnetyczną nakładką przeciwsłoneczną. W końcu nie muszę wybierać między okularami korekcyjnymi (i dobrym wzrokiem) a komfortowymi przeciwsłonecznymi, w których nie widziałam zbyt dobrze. Fajna sprawa nie tylko dla sportowców, ale też dla kierowców. Fotochromy nie zawsze dają radę, a tu tylko nakładasz ciemne szkło i już :)
Moja trasa na endomondo.
GPS prawdę Ci powie - na liczniku max było 42 km/h.
A jak Wam minął weeken? :)

niedziela, 25 marca 2018

Irlandzka codzienność, czyli tydzień w Limerick

Nie da się poznać miejsca przez tydzień, ale można je zwyczajnie liznąć. I ja liznęłam irlandzkiej miejskiej codzienności. Wydaje się, że życie tam jest spokojniejsze, wolniejsze, chociaż na ulicach jest pełno ludzi i pełno samochodów. Sklepy zapełniają w centrum każdy lokal użytkowy w centrum miasta, jeśli tylko w tym lokalu nie znajduje się pub :) W zasadzie wszystko jest jak u nas, tylko trochę więcej uśmiechu i życzliwości można doświadczyć w zwyczajnym szwędaniu się tu i tam.

Tablica pamiątkowa - Hrabstwo Limerick, Limerick, ©Marchevka, 14.03.2018 r.
Niezwykła jest mieszanka rasowo-kulturowa, z jaką można się spotkać w Limerick i, jak mniemam, zapewne w całej Irlandii. Można spotkać ludzi różnych nacji i wyznań, chociaż poza muzułmanami, każdy ubiera się podobnie, czyli normalnie zgodnie z niepisaną europejską normą. Nie robiłam zdjęć ludziom, bo nie mam tego w zwyczaju. Ulica to nie zoo a ludzie to nie okazy, które należy uwieczniać. Nie musiałam się jednak specjalnie rozglądać, by zauważyć, że Azjaci to nie tylko Chińczycy czy Japończycy. Tam byli też Mongołowie, Tajowie, Pakistańczycy i wielu innych, których nie potrafiłam zidentyfikować. Osoby czarnoskóre też nie są jednakowe, jak to się zwykło mawiać, ale gdy w Polsce widzi się jednego czarnoskórego na całe miasto, można odnieść takie właśnie wrażenie. Kiedy codziennie mijasz kilkadziesiąt osób, zauważasz różnicę. Jedni są wyżsi, drudzy niżsi, inne rysy twarzy, inny kształt głowy, nawet kolor oczu (!) wskazują na inny kraj pochodzenia. Miałam przyjemność poznać chłopaka z Kongo, który w Irlandii jest już 16 lat. Po usłyszeniu, że jesteśmy z Polski z uśmiechem odparł, że w naszym kraju nie był, ale miesiąc wcześniej wrócił z wycieczki na Słowację, a to przecież blisko :) Raz zdarzyło się nam jechać z taksówkarzem pochodzącym z Ghany. Wydaje się to niesamowicie daleko i dowiedzieliśmy się, że loty do jego ojczyzny są z Londynu i trwają około 6 godzin. Przy założeniu, że z Polski do Irlandii leci się 3 godziny, nie jest to jakaś bardzo duża odległość. Świat się kurczy i wiele osób nie tylko słyszało o Polsce, ale także w niej było. Irlandzka barmanka w ubiegłym roku odwiedziła Trójmiasto i bardzo jej się podobało. Spotkani przypadkiem turyści z Filadelfii mówili, że Polskę mają w planach, bo chcą poznać całą Europę i wybierają się na objazdówki po różnych krajach. Nie brakuje także Polaków na Wyspach, którzy wykonując swoje obowiązki bez problemu przechodzą na język polski w kontakcie z rodakiem. Towarzyską wisienką na torcie niech będzie spotkanie mojego kolegi ze szkoły, który widząc mnie doznał wielkiego szoku i oniemiały nie mógł uwierzyć w to, co widzi "bo tu wszyscy, ale nie Marchev"!

Ciekawostką jest fakt, że większość znaków i tablic informacyjnych występuje w wersji dwujęzycznej, to znaczy angielskiej i irlandzkiej. Irlandia ma bowiem dwa powyższe języki za urzędowe, przy czym irlandzki w konstytucji jest pierwszy przed angielskim. Nie wiem, jaki odsetek Irlandczyków posługuje się swoją narodową mową, wszędzie obecny jest angielski z jego licznymi odłamami/dialektami właściwymi poszczególnym grupom społecznym. A i mój angielski nie jest wysokich lotów i ograniczał się do zwrotów typu hi, bye, have a nice day, thanks I', fine i two Carlsberg please ;) no i oczywiście wszechobecne nieodzowne sorry, trudno mi więc było pytać o cokolwiek więcej. To akurat było niefajne - poczuć się językowym kaleką. Tak właśnie się czułam, a jak już się zdecydowałam odezwać, niemal zawsze od razu padało pytanie "You're from Poland?" albo przynajmniej "Where are you from?". Nasza książkowa, literacka, wyuczona mowa brzmi w obcym kraju jak "Kali jeść Kali pić" w inteligenckiej formie. Pewnie gdybym bardzo musiała, to bym wdawała się w dyskusje, ale w tym zakresie wysługiwałam się M. Dla nieśmiałych mam jednak radę - po dwóch piwach język mięknie i nie myślisz, jak mówić, by było poprawnie, tylko mówisz, żeby się dogadać. I co najlepsze - to naprawdę działa :)
Tablica z nazwą ulicy - na górze irl., na dole - ang., Limerick, ©Marchevka, 11.03.2018 r. 
Tablica z nazwą ulicy - na górze ang., na dole - irl., Limerick, ©Marchevka, 12.03.2018 r. 
Dwujęzyczny drogowskaz, Limerick, ©Marchevka, 15.03.2018 r. 
Tablica wyświetlająca przyjazdy autobusów - wersja angielska, Limerick, ©Marchevka, 15.03.2018 r. 
Tablica wyświetlająca przyjazdy autobusów - wersja irlandzka, Limerick, ©Marchevka, 15.03.2018 r. 
Strzałki wskazują kierunek, z jakiego nadjeżdżają samochody, angielski napis wzywa do zatrzymania się i rozejrzenia, Limerick, ©Marchevka, 15.03.2018 r. 
To samo przejście dla pieszych, ale po przeciwnej stronie ulicy i irlandzki napis, Limerick, ©Marchevka, 15.03.2018 r. 
Do tego w Irlandii można spotkać piętrobusy i nie omieszkałam takim się przejechać. Miałam zawroty głowy, siedząc na górze i patrząc, jak niechybnie autobus zaraz uderzy w znak... A tu nic takiego się nie stało. Specyfika zachodzenia tego typu pojazdów, ruch lewostronny i poziom siedziska skutkowały kurczowym zaciskaniem marchviowych dłoni na poręczach. Żałuję tylko, że bilety to zwykłe paragony drukowane u kierowcy - ależ by była pamiątka do kolekcji :( A tak niestety, z całym sentymentem, ale paragonów nie zbieram.
Piętrobus, , Limerick, ©Marchevka, 13.03.2018 r. 
Na pokładzie piętrobusu, Limerick, ©Marchevka, 13.03.2018 r. 
A jeśli już o kolekcjonowaniu mowa - znaczki pocztowe są samoprzylepne, więc z lizania irlandzkiego kleju nic nie wyszło. A i ochoty nie miałam, by kupić takowy na pamiątkę. Co klej, to klej, a tak do klasera musiałabym włożyć znaczek z podkładem. Nie podobało mi się to, więc zakupiłam tylko tyle, by nakleić na widokówki i wysłać.
Irlandzkie znaczki pocztowe, Limerick, ©Marchevka, 13.03.2018 r. 
Jeśli chodzi o służby, to z zaciekawieniem przyjrzałam się patrolowi Limerick Marine Search and Rescue Service. Jest to odpowiednik polskiej Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa, z tym, że w tym przypadku działa nie ma morzu, a na wodach rzecznych, a konkretnie - na rzece Shannon. W związku z wysokim odsetkiem samobójstw (według danych WHO z 2015 roku samobójstwo w Irlandii popełnia 18 osób na 100 000, a według UNICEF samobójstwo popełnia 10 irlandzkich nastolatków na 100 000), uruchomione zostały patrole, które mają za zadanie monitorować brzegi rzeczne i reagować, ratując topielców i wzywając wsparcie - bardzo często helikopter ratowniczy. Przechodząc koło nas, jeden z ratowników zaproponował, że zrobi nam wspólne zdjęcie, na co przystaliśmy z ochotą. Po wymianie kilku uprzejmości i uśmiechów pożegnał się, by dołączyć do pozostałej czwórki patrolujących limerycki brzeg rzeki Shannon.
Limerick Marine Search and Rescue, Limerick, ©Marchevka, 11.03.2018 r.
Poza tym policja na świecie nazywa się Police, Polizei i tym podobne, a w Irlandii jej pełna nazwa brzmi An Garda Síochána, co znaczy "straż pokoju", jednak na co dzień używa się określenia Garda. Funkcjonariusze tej służby (poza specjalnymi wyjątkami) nie posiadają broni palnej, a jedynie pałki.
Radiowóz Garda, Limerick, ©Marchevka, 17.03.2018 r.

Wojsko jest, podobnie jak w Polsce, w pełni zawodowe, ale liczy zaledwie 8,5 tysiąca żołnierzy plus ochotnicze rezerwy. Irlandia, jako państwo neutralne, nie należy do NATO, ale bierze aktywny udział w misjach pokojowych ONZ i UE. Ponadto Minister Obrony odpowiada także za Obronę Cywilną. Na paradzie z okazji Dnia św. Patryka przeżyłam niemały szok, gdy zobaczyłam spory zastęp pojazdów i funkcjonariuszy w uniformach oznakowanych niebieskim trójkątem na pomarańczowym tle z napisami Civil Defence. W Polsce ta instytucja jest uważana za martwą i ogólnie za relikt przeszłości, a okazuje się, że w Irlandii jest to całkiem nieźle działająca jednostka wsparcia bezpieczeństwa i porządku publicznego, w dodatku działająca na zasadzie wolontariatu.
Wojsko Irlandzkie, Limerick, ©Marchevka, 17.03.2018 r,
Jeden z pojazdów Irlandzkiej Obrony Cywilnej, Limerick, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Urzekły mnie też irlandzkie podwórka. Zaglądałam z ciekawością tu i tam. Pozorną szarość budynków i pochmurnej pogody rozświetlają kolorowe detale, takie jak barwne drzwi i furtki oraz różnorodna zieleń i kwiaty często zdobiące podjazdy przed domami. Jak na zieloną Irlandię przystało, jest tam zielono, ale zwyczajnie tę zieleń chcieć zobaczyć :)
Limerick, ©Marchevka, 13.03.2018 r.
Limerick, ©Marchevka, 13.03.2018 r.
Limerick, ©Marchevka, 13.03.2018 r.
Limerick, ©Marchevka, 13.03.2018 r.
Limerick, ©Marchevka, 13.03.2018 r.
Limerick, ©Marchevka, 13.03.2018 r.
Limerick, ©Marchevka, 14.03.2018 r.
A następnym razem będziemy zwiedzać miasto turystycznie :)

środa, 21 marca 2018

Marchev w kosmosie po raz pierwszy...

...przy założeniu, że kosmos znajduje się już ponad chmurami. ;)

Nigdy nie latałam, bo wielkich interesów w świecie nie kręciłam, a podróżnicze potrzeby dzielnie, chociaż czasem miernie, zaspokajało nasze rodzime PKP. Ale skoro nawet papier toaletowy się rozwija, postanowiłam rozwinąć się i ja, w konsekwencji czego zakupiłam bilety na loty relacji Gdańsk-Cork-Gdańsk.
Port Lotniczy im. Lecha Wałęsy, Gdańsk, ©Marchevka, 10.03.2018 r.
Odprawa w Gdańsku
Lotnisko w Gdańsku miałam już wizualnie zapoznane, bo przez bywanie nań dość regularnie, mam nawet swoje ulubione miejsce parkingowe, a pierwszy lot odbyłam w towarzystwie M, więc nie miałam powodów do stresu. Byłam wręcz zrelaksowana jak kocica na wiosnę i z wielką wnikliwością wykonywałam każdy kolejny krok przeprawy odprawy. A wnikliwość była potrzebna, jak się okazało, już przy kroku pierwszym, czyli kontroli bagażu i bramce do wykrywania (nie tylko) metali. Zgodnie z instrukcjami wyjęłam z bagażu woreczek z płynami, z siebie zdjęłam zegarek i pasek od spodni. Przez M. bramka została pokonana bezproblemowo, myślę sobie więc - przecież to tylko bramka, jak w sklepie. No to przeszłam, a tu się syreny rozwyły, ludzie się patrzą, a strażnicy chcą mnie skuwać i na glebę walić... a wtedy zapikała bramka. Przed nami przechodził chłopak i jemu też pikało, ale chyba innym wskaźnikiem, bo jego obmacywali na obecność metalowych elementów, a ja musiałam wystawić łapki i pani papierkiem zebrała ślady zakazanych substancji z moich rąk i spodni. Byłam spokojna, bo z narkotykami nie mam nic wspólnego, a prochu strzelniczego też nie mogłam mieć, bo czas, jak upłynął od ostatniego użycia broni zwyczajnie uniemożliwiał pozostawienie jakichkolwiek śladów. Jedyna możliwość - świeżo zakupione przed wyjazdem spodnie, których zwyczajnie nie zdążyłam wyprać i wciągnęłam je na tyłek prosto po wyjściu ze sklepu. Na szczęście papierek włożony do maszynki wykazał, że jednak nie jestem przestępcą i puścili mnie wolno, ale z wrażenia nie założyłam paska i prawie zgubiłam te spodnie, które są przedmiotem sporu między mną a sklepem, bo sytuację zgłosiłam. Nie wiem, skąd je importują, ale wiem, że w transporcie razem z ciuchami jeździ coś jeszcze.

Potem była kontrola graniczna i pani chorąży Straży Granicznej zapytała, dokąd to się Marchev wybiera. Oczywiście o Marchvi słowa nie było, ale skoro pyta mnie, to jakby pytała Marchev, jasna sprawa. Mówię więc, że do Cork, a ona ze zdziwieniem kiwa głową i mówi "Ach, do Cork, no dobrze, dobrze..." po czym kilkukrotnie przekartkowuje mój paszport, zerka na mnie jakoś zalotnie, na głos powtarza z rozrzewnieniem moje nazwisko i znów puszcza wolno. Czuję się, jakbym przeszła etap jakiejś psychologicznej, a przynajmniej strategicznej, gry.

W sklepie bezcłowym się zgubiłam, bo układ jest zakręcony jak baranie rogi i wyszłam w zupełnie innej części terminala, niż zamierzałam. Spokój i opanowanie pozwoliło jednak odnaleźć drogę powrotną, chociaż zapewne okrężną. Po chwili byliśmy już koło naszej bramki i tu już zaczęła się nie żadna strategia, a istna zabijanka. 
Port Lotniczy im. Lecha Wałęsy, Gdańsk, ©Marchevka, 10.03.2018 r.
Buraki kontra cebule, z marchewką w tle
To, co działo się w hali odlotów, trzeba zobaczyć. Nie wierzyłam. Doprawdy uwierzyć nie mogłam w to, co opowiadali znajomi i M. Myślałam, że wyolbrzymiają, że przecież każdy jest człowiekiem i przecież nie może być aż tak źle. Myliłam się - może, chociaż przyznać muszę, że w dużej mierze do zamieszania przyczyniły się pracownice przewoźnika, które sprawdzały dokumenty i puszczały przez bramkę do samolotu. A dokładnie dwie bramki - jedna była dla osób z priorytetem wejścia na pokład, druga - dla wejścia według kolejki. Byliśmy w tej krótszej, priorytetowej, ale pracownice irlandzkiej linii zaczęły odprawiać w pierwszym rzucie osoby bez pierwszeństwa, co rozjuszyło pozostałych. Zrobiło się przeogromne zamieszanie, ludzie zaczęli się popychać, przekrzykiwać, wchodzić przed kolejkę. Po zażegnaniu konfliktu bramkowego, ruszyły biegi przełajowe przez płytę lotniska. Patrzyłam na to z mojej ulubionej pozycji - milczącej z półprzymkniętymi powiekami i śmiałam się pod wąsem półgębkiem, bo uwielbiam takie zjawiska socjopatologiczne. Miarka się jednak przebrała, gdy nie mogliśmy wejść na pokład, bo trwało jeszcze sprzątanie. Jedna z pasażerek wykrzykiwała na zmianę "SKANDAL! Ja to zgłoszę! SKARGĘ NAPISZĘ! JAK MOŻE BYĆ TAKI SYF?! JA TO ZGŁOSZĘ!". Na co spokojnie, acz stanowczo stwierdziłam, że samolot sam się nie pobrudził, a i obsługa ma lepsze rzeczy do robienia, niż rzucanie papierków pod siedzenia. Nastąpiła błoga cisza.
Boening 737, Gdańsk, ©Marchevka, 10.03.2018 r.
Lecieć czy nie lecieć - oto jest pytanie
Kiedy już zasiedliśmy w fotelach, stwierdziłam, że czuję się jak w pociągu. Pilot postanowił urządzić nam wycieczkę objazdową po lotnisku, jeździliśmy więc kilkadziesiąt minut tu i tam, dzięki czemu mogłam zwiedzić pasy startowe, ale widziałam tylko małe światełka na obrzeżach, bo zapadła już ciemna noc. Kiedy już myślałam, że zaraz ruszymy, nadjechała odladzarka i zaczęła wykonywać na samolocie zabiegi SPA. Ostatecznie po przejażdżkach i biczach wodnych wystartowaliśmy z 45-minutowym opóźnieniem. Kręciłam filmy, bo chciałam nagrać start, a po fakcie okazało się, że mam już wszystko poza owym startem, ale mała strata, bo i tak było ciemno i praktycznie nie było nic widać. Z samej podróży niewiele pamiętam, bo zasnęłam słodko pochrapując i ocknęłam się obudzona przez M. dopiero gdy już kołowaliśmy nad Cork. Wylądowaliśmy 15 minut po czasie, więc w drodze pilot nadrobił pół godziny. Po szybkiej kontroli paszportowej mogłam wdychać świeże irlandzkie powietrze.

Powroty są trudne
Zastanawiałam się, czy to był dobry pomysł, by z Gdańska lecieć razem, a wracać samemu. Bo wiadomo, tam już miałam jakiekolwiek pojęcie o wyglądzie lotniska, do tego w Polsce to po polsku, koniec języka za przewodnika i takie tam. A w Cork przecież do odprawy musiałam podejść sama, o ile zamówienie po angielsku piwa w pubie niekoniecznie stanowi problem, tak już sytuacje problemowe jak ta na bramce mogłyby być opłakane w skutki. Ale skoro powiedziało się A, to trzeba powiedzieć B, zakasać rękawy, uczesać natkę i ruszyć w rejs powrotny. I tu była niespodzianka, bardzo pozytywna.
Cork Airport-Aerfort Chorcai, Cork, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Cork Airport-Aerfort Chorcai, Cork, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Cork Airport-Aerfort Chorcai, Cork, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Cork to lotnisko małe i senne, zupełnie nieporównywalne do tego w Gdańsku, bez żadnych zawijasów i zakrętasów. Przy kontroli bagażowej była pani mówiąca po polsku i zwróciła mi uwagę, że przed przejściem przez bramkę muszę zdjąć szalik. Tym razem nic nie pikało, bo zdroworozsądkowo nie zakładałam na siebie już nic nowego, tylko same używane, świeżo wyprane rzeczy. Prostą drogą poszłam przez bezcłowy sklep do poczekalni (to się chyba hala odlotów nazywa) i z niemym zdziwieniem obserwowałam te same twarze, co tydzień wcześniej. Te same, a takie jakby inne.
Cork Airport-Aerfort Chorcai, Cork, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Cork Airport-Aerfort Chorcai, Cork, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Cisza, spokój, do samolotu, gotowi, start!
Nikt się nie wpychał, nastroje dopisywały. Znów stałam w krótkim priorytetowym ogonku, za to normalna kolejka wiła się wokół całej hali, przynajmniej dwukrotnie zmieniając swój kierunek. Słychać było spokojne rozmowy, każdy pokornie czekał na swoją kolej. Bramka była tylko jedna, a kolejki rozdzielała zwykła tabliczka ze strzałkami. Przed wejściem na płytę tłum spokojnie oczekiwał na pozwolenie wejścia do samolotu, bez gróźb, pomruków i wykrzykiwania. A wiele osób to moi współpasażerowie z pierwszego lotu. Co za cudowna przemiana!
Cork Airport-Aerfort Chorcai, Cork, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Cork Airport-Aerfort Chorcai, Cork, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Chmury, chmury, wszędzie chmury!
Chyba każdy zna ten obrazek: małe dziecko z ciekawskim nosem przyklejonym do szyby, podziwiające zmieniające się za oknem krajobrazy. Obudziło się we mnie takie właśnie dziecko. Droga startu samolotu wiodła wzdłuż lotniskowego terminala, więc widok był podwójnie ciekawy. A kiedy już wzbiliśmy się w powietrze, podziwiałam zieloną Irlandię z lotu ptaka. A potem z rozdziawioną japą patrzyłam na chmury, które wołały "chodź, jesteśmy takie mięciutkie!". Ciągnęły się po sam horyzont, skąpany w świetle zachodzącego słońca. Widoki bajkowe, mimowolnie się uśmiechałam sama do siebie, albo do tych właśnie chmur. To było naprawdę niesamowite. Robiłam zdjęcia, zaglądałam w dół i do tyłu na tyle, na ile pozwalało małe samolotowe okienko. I tak patrzyłam, póki się nie ściemniło, a potem zasnęłam, by obudzić się w czasie kołowania nad Gdańskiem. Wylecieliśmy spóźnieni i dolecieliśmy spóźnieni, przez ponad godzinę gnębiły nas małe turbulencje, ale zapewne miały one wpływ na to, że nie udało się uciąć tych 15 minut straconych przed startem i dolecieliśmy z takim samym poślizgiem. A w Gdańsku straciłam dobre pół godziny na kontroli paszportowej, którą pani kapral prowadziła w tempie ślimaka, bynajmniej nie wyścigowego. Potem rozsiadłam się wygodnie w drezynie Marchevkowego Ojca i... znów zasnęłam ;)
Irlandia z lotu samolotu, Cork, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Irlandia z lotu samolotu, Cork, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Tak wygląda kosmos, Irlandia, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Tak wygląda kosmos, Irlandia, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Tak wygląda kosmos, Irlandia, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Tak wygląda kosmos, Irlandia, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Tak wygląda kosmos, Irlandia, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Tak wygląda kosmos, Irlandia, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Tak wygląda kosmos, Irlandia, ©Marchevka, 17.03.2018 r.
Ja chcę jeszcze raz!
Na drugi dzień przy śniadaniu, opowiadając rodzicom o moich podbojach, stwierdziłam, że poleciałam w tę i z powrotem i nie uważam, aby podróżowanie samolotem było czymś wielce skomplikowanym i teraz to mogę już wszędzie polecieć. I chcę polecieć. Starty i lądowania są przereklamowane, a mnie nie pomaga przełykanie śliny, bo uszy i tak pozostają zatkane. Małą ulgę przynosi jedynie otwarcie ust, ale gdyby w życiu były tylko takie niekomfortowe sytuacje, to oszalelibyśmy z tego szczęścia. Pasów nie odpinałam przez całą drogę - takie było zalecenie personelu pokładowego i takie jest moje zboczenie zawodowe. Gdybym mogła, w miejskim autobusie też bym się zapinała. A teraz prześwietlam rozkłady lotów, by znaleźć jak najlepszy. Bo skoro już mam te wakacje pięć razy w roku... ;) 

Obserwatorzy