sobota, 27 lipca 2013

Dzień trzeci, ostatni: Przełajowy

Godzina po ósmej parę minut, Marchevka zwarta i gotowa na ostatni dzień zwiedzania. Pogoda nie zachwyca, ale w głowie przecież jest PLAN! Po wieczornych konsultacjach z Gospodarzem nóżki były już nakręcone na kolejne kilometry i to prawie przełajem.


Oczekując na autobus w okolicach Mostu Grunwaldzkiego
W planie była wędrówka piesza zielonym Szlakiem Dwóch Kopców. W zamyśle było rozpocząć zwiedzanie od Kopca Kościuszki, później 2 km lasem do Ogrodu Zoologicznego, a z ZOO dalej wzdłuż szlaku kolejne  2 km do Kopca Piłsudskiego. Trasa miała liczyć łącznie trochę ponad 4 km i prowadzić wytyczonymi ścieżkami w wyżynnym lesie. Na mapie w ciepłym domu wyglądało to bardzo zachęcająco. Rzeczywistość zweryfikowała mój zachwyt, ale o tym za chwilę.

Wejście do Kopca
Do Kopca Kościuszki dotarłam autobusem linii 102. Bez problemu, pod sam kopiec, elegancko mogę rzec. Zakupiłam bilet, jak się okazało, z full wypasem, bo w cenie biletu było wejście na kopiec oraz zwiedzenie wszelkich wystaw akurat tam prezentowanych, czyli:
» Wystawa pt. "Kościuszko - rozdział 1"
» Twierdza a Miasto Kraków 1846-1918
» Kaplica bł. Bronisławy
» Kolumbarium
» Wystawa pt. "Kopce Krakowskie"
» Wystawa Figur Woskowych "Polaków Drogi Do Wolności"
» Wystawa czasowa w Kurtynie I-V
 To, co wypunktowane, podaje strona internetowa. Ja nie trafiłam do Kolumbarium, albo nie wiem, że trafiłam, podobnie jak nie wiem, co to za wystawa czasowa, ale mniejsza o to. Podejrzewam, że będąc w wielkim szoku po wejściu na Kopiec zwyczajnie nie ogarnęłam tematu, albo widziałam wszystko, a nie wiem, że to było akurat to – też się zdarza.

Schody. Bardzo kręte schody!
Zwiedzanie rozpoczęłam od wejścia na Kopiec. Na gorąco na Marchevkowym fanpage’u napisałam, że odkryłam w sobie objawy lęku wysokości, o jaki wcześniej bym siebie wcale nie podejrzewała. Mieszkam na piątym piętrze, a niejednokrotnie przebywałam i na jedenastym, wszelkie wieże widokowe i inne takie nie  były dla mnie problemem, a Kopiec był. Może dlatego, że dotychczas świat z góry podziwiałam zza barierki, a droga wiodąca na sam szczyt takowej nie posiadała. Nie powiem, że to niebezpieczne, bo wejście nie jest strome, a odcinki przez jakieś czynniki uszkodzone, są zwyczajnie zamknięte i wchodzi się zygzakiem :)
Widoki z góry – zapierające dech w piersiach. Piękne, Kraków widać jak na dłoni. Coś cudownego, tym bardziej, że na szczycie Kopca są barierki, więc mogłam się wyluzować :P Chyba pół godziny siedziałam tam bezproduktywnie i gapiłam się na panoramę miasta. Wcześnie było, a przede mną przecież TYLKO 4 km.

No to idziem :)






Już prawie szczyt

Kopiec Kościuszki zdobyty!

Widoki powalające

Widać dosłownie WSZYSTKO!
Po zejściu poszłam do przybytku pod szyldem MUZEUM, a po drodze obejrzałam wystawę pt. „Forty Twierdzy Kraków”. Poczułam się, jak ryba w wodzie, bo przecież architektura obronna to obok sakralnej mój ulubiony rodzaj obiektów godnych zwiedzenia. Jeśli ktoś uważa, że go to nie interesuje, BO NIE, to ja jednak zachęcam, bo przecież kiedyś Polska wojskiem stała i to od wieków najwcześniejszych przecież. Dopiero w ostatnich latach trend ten się zmienił. Warto chociaż powspominać stare dobre czasy.


W Muzeum obejrzałam wystawę o Tadeuszu Kościuszce (jak dziwnie to brzmi…). Były tam malowidła przedstawiające bohatera, a także niezliczona masa pamiątek po nim. W jednej części wystawy znajdowały się dokumenty dotyczące zmagań z budową kopca, zdjęcia z uroczystego otwarcia.
Mi natomiast najbardziej podobał się zakątek, w którym debatowali Jerzy Waszyngton, Kazimierz Pułaski i Tadeusz Kościuszko. Kiedy weszłam do środka, powiedziałam „Dzień dobry” bo myślałam, że to prawdziwi ludzie ;-) Figury, jak się okazało, były najprawdopodobniej woskowe, ale cebula na stole najprawdziwsza – aż szczypiorek puściła!

Narada wojenna
Po tej wystawie, zgodnie z drogowskazami, zeszłam na Wystawę Figur Woskowych, na której Fryderyk Chopin w ogóle nie był podobny do siebie ;) Ale ogólne wrażenie dobre. Figury dopracowane, a całości dopełniały epokowe stroje oraz atrybuty zgodne z historycznym tłem.

Później zeszłam na dół, na wystawę Twierdza a Miasto Kraków. Przy samym wejściu czekała świetna niespodzianka dla turystów nieobeznanych z zagadnieniami architektury obronnej. Była to duża tablica z objaśnionymi określeniami poszczególnych elementów fortyfikacji. Bo przecież nie każdy wie, co to jest kaponiera, luneta, kurtyna czy nawet bastion. Sama wystawa też mi się bardzo podobała, dość szczegółowo zostały przedstawione dzieje Twierdzy Kraków, łącznie z usytuowaniem fortyfikacji oraz stanem obecnym. Zachęcam do obejrzenia dla samego poszerzenia horyzontów myślowych i obalenia poglądu, że Kraków to nie tylko Smok Wawelski i Lajkonik!

Słowniczek fortyfikacyjny
Po wyjściu z Kopca skierowałam się na Zielony Szlak Dwóch Kopców. Odnalezienie drogi nie było zbyt trudne, ponieważ były drogowskazy z odległościami do poszczególnych punktów. Droga była całkiem przyjemna i wizja 4 km wydała mi się bardzo interesująca. I wszystko byłoby dobrze, gdyby znowu nie zaczął lać deszcz, to po pierwsze, a po drugie, znowu zapomniałam, że Kraków to nie Kołobrzeg i że lasy nie są takie równiutkie, jak nad morzem. No i klops. Póki jeszcze ścieżka była asfaltowa, to było okej. Później przeistoczyła się w leszówkę, kawałek było trelinki, później totalny las. Ale drogowskazy mówiły, że wędruję w dobrym kierunku.




Zboczyłam z zielonego szlaku na czarny Szlak Sikornika.
I nawet wiem, w którym miejscu nagle skończyła mi się droga!

Tu już zaczynało ostro lać

Taka niby niepozorna ścieżynka
Powiem szczerze, że po przybyciu do ZOO, czyli podobno po 2 km, byłam zmachana, jakbym przeszła chyba ze 20 km. Poza tym dzięki cudownym warunkom atmosferycznym wyglądałam, jak obraz nędzy i rozpaczy. Przemoczona kurtka, buty całe w błocie, niestety spocona – bo ogólnie było gorąco, ale miałam do wyboru: albo się zgrzać w kurtce, albo zmoknąć bez niej, więc wybrałam opcję numer jeden.

MA-SA-KRA
A po powrocie usłyszałam: CO CI SIĘ STAŁO????!!!!! :)
No, ale żeby nie było – nie narzekam przecież, tylko przedstawiam fakty autentyczne. Z cukru nie jestem, ale jakby kto chciał na przykład z dzieckami się udać tą trasą to nie polecam. Autobusy jeżdżą wszędzie i można się wybrać, bo przyznam, że jak dzień wcześniej 15 km wyszło mi na pstryknięcie palcami, tak po tych leśnych i błotnych dwóch szczerze się ucieszyłam, jak zobaczyłam, że spod ZOO jedzie autobus do miasta.
No, ale nie tak szybko przecież. Najpierw trzeba było doprowadzić się do jako takiego porządku, czyli w pierwszej kolejności wyczyścić buty. Butla z wodą, chusteczki higieniczne i jedziemy z koksem. Chwila moment i już! Marchevka wyglądała na uczłowieczoną. Zakupiła bilet do ZOO i spokojnym krokiem poszła podziwiać zwierzątka.

Dzień dobry :)
Mam dziwną przypadłość, że w jakim ZOO bym nie była, zawsze się zgubię. Może nie zgubię, ale albo pominę  jakiś obiekt, albo przejdę obok czegoś kilka razy. Myślałam, że to wina układu ogrodu, ale jak już w którymś  z kolei tak się dzieje, to chyba jednak moje nieogarnięcie tematu.

Pan Paw. Focha miał, więc ogonem się nie pochwalił, niestety.
No, ale nieważne. Półtorej godziny chodzenia po ZOO, polowania na dzikie koty, karmienia osiołka, głaskania królika, oczywiście pomylenia drogi i wpakowania się do GADZIARNI, z której wyskoczyłam z prędkością pocisku. Nie przepadam za wężami, skorupiakami, jaszczurami i czym tam jeszcze, co serwują w ładnie nazwanym Egzotarium. Wolę sobie popatrzeć na medytującego szympansa. Swoją drogą zawsze się zastanawiałam, jakie problemy egzystencjalne może mieć małpa. :>
Krakowski Ogród Zoologiczny jest piękny i rozległy. Oprócz zwierzątek, można tam podziwiać niecodzienne okazy roślin egzotycznych. Wypielęgnowane alejki i ogólnie przyjazna atmosfera stwarza świetne miejsce na rodzinny spacer w niedzielne popołudnie. Serio mówię i nie żartuję. Taki spacerek może być bardzo pouczający, bo miejskie dzieci zwierzęta wiejskie oglądają w telewizji, to chociaż w ZOO niech sobie na żywo popatrzą na te egzotyczne.

Kooooteeeeeek!
Po wyjściu z ZOO zaniechałam dalszej pieszej wędrówki. Zrezygnowałam z Kopca Piłsudskiego, postanawiając, że odwiedzę go kiedy indziej. A akurat udało mi się trafić na odjazd autobusu w stronę centrum, później jedna przesiadka i szybka wizyta na Rynku Głównym. W tempie ekspresowym zrobiłam to, co miałam jeszcze do zrobienia i powrót, aby wieczorem się spakować, bo te kilka dni w Krakowie minęły jak sen.

A tu jeszcze fajniejszy koteczek :)
W Krakowie łącznie przebywałam pięć dni. Dzień pierwszy był tak naprawdę dniem organizacyjnym, na odnalezienie się w nowym miejscu, poznanie z Gospodarzami, no i odpoczynek po ponad czternastogodzinnej podróży. Trzy dni Wam opisałam, ostatni dzień był dniem wyjazdowym i niefajnym, bo nienawidzę pożegnań.

Wizytę w Krakowie polecam naprawdę wszystkim, bo każdy znajdzie dla siebie coś odpowiedniego. Sporo terenów zielonych, multum atrakcji, dużo zabytków i miejsc, które każdy Polak po prostu powinien zobaczyć.

PODSUMOWANIE

Zmanierowany bilet z Kopca - był w kieszeni mokrej kurtki.
Tradycyjnie - ze zniżkami:
Wejście na Kopiec  Kościuszki - 9 zł, ale w tą cenę wliczony był wstęp na wszystkie dostępne wystawy, więc raczej nieźle.
Wejście do ZOO - 10 zł, ale zwierzątka też muszą coś jeść, więc ok ;)

Bilet z Kopca wsadziłam do kieszeni kurtki, później kurtka zmokła, bilet razem z nią, kurtki na dalszych etapach podróży już nie wyciągałam z plecaka i jej nie nosiłam, więc znalazłam go baaaaardzo zmęczonego dopiero po powrocie do Kołobrzegu. Ale za to mam piękną panoramiczną pocztówkę do mojej kolekcji, przedstawiającą dwa krakowskie kopce.

I jeszcze jedna, chyba najważniejsza, sprawa.

Z tego miejsca także chcę podziękować za dach nad głową i gościnę moim Gospodarzom, Pani Jadzi i Panu Krzysztofowi, dzięki którym tak naprawdę mój wyjazd do Krakowa był możliwy. Za poświęcony czas, pomoc w poruszaniu się po Krakowie, praktyczne rady i wskazówki, miłe wieczory i obronę przed polującym Kotkiem. Dziękuję też za to, że naprawdę chętnie każdego popołudnia po całym dniu zwiedzania wracałam do nich, a ostatniego dnia aż zakręciła się łza w oku, kiedy przyszedł czas pożegnania. Pięć dni to krótko, aby kogoś dobrze poznać, ale wystarczająco, aby coś zaiskrzyło, zaskoczyło. Prawdziwa Polska Gościnność istnieje – i niech nikt nie śmie nawet w to wątpić!


Dziękuję jeszcze raz!

7 komentarzy:

  1. Powaliło mnie jedno.... '...że lasy nie są takie równiutkie, jak nad morzem.' Fakt, nad morzem sa RÓWNIUTKIE ;)

    Olcia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olcia, Rumia nie leży nad morzem :P

      Usuń
    2. A Gdynia? Sopot? Zapewniam, iż jest BARDZO podobnie, albo i ...wyżej ;) nie zapominaj, że ja rodowita Gdynianka i pół zycia w Gdyni mieszkałam :P

      Usuń
    3. Ale w Kołobrzegu nie ma ;-)

      Usuń
    4. Chyba, że mówimy o Kołobrzegu to sprzeczać się nie będę, bo pojęcia nie mam jak wyglądają tam tereny zalesione ;)

      Usuń
  2. O, masz zdjęcie mojego męża :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O widzisz, tak wyszło. Całkowicie przypadkiem :)

      Usuń

Twoja opinia jest dla mnie bardzo ważna. Dziękuję :)

Obserwatorzy