czwartek, 25 lipca 2013

Dzień drugi: Wawel i Kazimierz


Drugiego dnia na wędrówkę ruszyłam nieco później, niż dzień wcześniej, bo przed godziną 10. Może to przez pogodę, która dopisała tylko pierwszego dnia. W trakcie dalszego pobytu przed południem padało, a przejaśniało się dopiero na wieczór. Ale że zaopatrzona byłam w odpowiednie ubranie oraz parasolkę, nawet deszcz nie był mi straszny, chociaż nie powiem, że był to szczyt mych marzeń.


Pomnik Polskich żołnierzy Polski Walczącej
Do zwiedzenia miałam w zasadzie tylko dwa punkty. Dwa, ale za to jakie! Wawel i krakowski Kazimierz. Po przeanalizowaniu możliwego dojazdu oraz topograficznego rozmieszczenia tych miejsc, postanowiłam najpierw odwiedzić Wzgórze Wawelskie, a następnie przejść się do dzielnicy żydowskiej.

Wzgórze Wawelskie
Według wcześniej przygotowanego planu, na Wawelu chciałam zwiedzić Katedrę (a w niej Dzwon Zygmunta, Muzeum Katedralne i Groby Królewskie), Smoczą Jamę oraz zajrzeć na dziedziniec arkadowy. Nie miałam ochoty na oglądanie komnat i jakiś dodatkowych eksponatów, bo mnie to po prostu nie interesuje. Dla mnie najważniejsze były te trzy punkty i tego się trzymałam do momentu przekroczenia bramy wejściowej.

Droga na Wawel
Kolejka po bilety była strasznie długa. Oszacowałam, że czeka mnie bezproduktywne przynajmniej 40-minutowe stanie w niej. Miłą niespodzianką była rezolutna pani przewodnik, która zbierała grupę chętnych osób do zwiedzenia Wawelu z przewodnikiem. Prawda jest taka, że nie kalkulowałam ceny samych biletów już tam na miejscu. Jeśli coś miałam w planie, to znaczyło że mnie na to stać i ile trzeba będzie, to się zapłaci. Tak po prostu. Nie uczyłam się konspektu podróży na pamięć, bo i po co? Dlatego też od razu przystałam na propozycję zwiedzania w zorganizowanej malutkiej grupie. Było nas jedenaścioro. Była para z dzieckiem, dwie panie z panem, dwóch mężczyzn z Holandii, z czego jeden mówił po Polsku i tłumaczył temu drugiemu, małżeństwo z synem i ktoś jeszcze, bo dziecko wchodziło za darmo i nie wliczało się do liczebności grupy. W każdym razie, nie musiałam już czekać w kolejce, ponieważ po skompletowaniu grupy pani przewodnik poszła sama je zakupić, poza kolejnością.

Pomnik konny Tadeusza Kościuszki
Przy wejściu powitał mnie Tadeusz Kościuszko, a jakże – na koniu. Kolejny pomnik konny do moich zbiorów :) W Katedrze zdjęć robić nie wolno było, ale to nic nie szkodzi. Ja byłam i widziałam, a Wy także możecie osobiście się przekonać o majestatyczności wnętrz. Obeszliśmy najważniejsze punkty, takie jak nagrobki oraz insygnia grobowe królów Polski, kaplice, czy relikwie Jana Pawła II, a nawet Cudowny OBRAZ Matki Bożej Częstochowskiej, z którym chodzi procesja z Wawelu na Skałkę.

Pomnik Jana Pawła II na Wawelu
Następnie cała grupa, ale bez pani przewodnik przeszła się po schodach do dzwonów, których łącznie było pięć. Podobno jak się lewą ręką dotknie serca dzwonu i pomyśli życzenie, a następnie tą samą rękę przyłoży się do własnego serca, to spełni się to, o co prosiliśmy. No zobaczymy, bo ja zawzięcie dotykałam wszystkich pięciu, a na Dzwon Zygmunta zostawiłam to najważniejsze. Czas pokaże, czy się spełnią.

Robione w pośpiechu z dzwonnicy
Po wyjściu z dzwonnicy, poszliśmy do podziemi, gdzie mieściły się groby różnych osobistości. Zwiedzanie zaczęliśmy od Krypty Wieszczów Narodowych, czyli grobów Mickiewicza i Słowackiego, tablicy upamiętniającej Cypriana Kamila Norwida oraz medalionu z wizerunkiem Fryderyka Chopina. W następnej krypcie znajdował się m. in. grób generała Sikorskiego. W tym miejscu też Jan Paweł II odprawił swoją prymicyjną Mszę Świętą. Dalej są groby całych rodzin królewskich, łącznie z maleńkimi trumienkami dzieci, a po drodze minęliśmy także sarkofag państwa Kaczyńskich.

Na Wawelu. Ogromnie mi się podoba ta fotka ;)

Ostatnim punktem na trasie naszego zwiedzania był Skarbiec Katedralny, w którym znajdowały się zachowane pamiątkowe naczynia i szary liturgiczne, sławna Włócznia św. Maurycego. Wizyta tam uzmysłowiła mi, jak bogatą tradycję ma Kościół oraz jak sam w sobie jest bogaty. Zapoznanie się ze zbiorami Skarbca dopełniły obrazu bogactwa Kościoła, który zaczął się krystalizować po obejrzeniu Ołtarza Wita Stwosza oraz wnętrza Katedry Wawelskiej. 
Zwiedzanie z przewodnikiem trwało prawie dwie godziny. Po spokojnym przekalkulowaniu kosztów doszłam do wniosku,  że słono przepłaciłam, bo tak naprawdę dałam drugie tyle, ile bym zapłaciła normalnie, zwiedzając indywidualnie. Jednak nie żałuję ani trochę z tego tylko względu, że pani przewodnik była bardzo sympatyczna, kompetentna, komunikatywna i KONKRETNA, przez co poznałam dzieje Wawelu lepiej, niżbym zrobiła to w pojedynkę. Przekazała nam fakty, których nie sposób poznać bez wnikliwej analizy specjalistycznej literatury. Dowiedzieliśmy się rzeczy ciekawych, a nie nudnych. Pani przewodnik narzuciła dość żwawe tempo zwiedzania, przez co nie mieliśmy prawa czuć się znudzeni, a zmęczenie dopadło wszystkich dopiero po przejściu całej trasy ;) Żebyście widzieli, jak moi niektórzy współtowarzysze wciągali kanapki, musieli naprawdę zgłodnieć ;D
Jeśli komuś nadarzy się okazja zwiedzenia Wawelu z przewodnikiem – polecam serdecznie. Na pewno sami nie dowiecie się tylu rzeczy, co z nim, a grupy zazwyczaj są małe, maksymalnie piętnastoosobowe, dzięki czemu nie ma tłoku, a przewodnik naprawdę dba o „swoich ludzi” :) A pieniądze – rzecz nabyta: dzisiaj są, a jutro nie ma. Łapmy dzień i wykorzystujmy dane nam szanse.
Do Smoczej Jamy już nie poszłam, natomiast spoczęłam na ławeczce u stóp Wawelu, ucinając sobie pogawędkę z kierowcą turystycznego Melexa. Odpoczęłam, zregenerowałam trochę sił i poszłam szukać Wawelskiego Smoka.
Nad samą Wisłą mijałam stragany z pamiątkami i powiem dla poinformowania przyszłych pokoleń, że: jeśli chcecie kupić na pamiątkę coś, co jest związane ze Smokiem, kupcie to chociażby na Rynku Głównym, a nie przy samym smoczysku, bo ceny różnią się o 5 do 10 zł. Niby niewiele, ale ziarnko do ziarnka i zbierze się miarka ;)

Smoczysko w akcji
Smoczek sam w sobie całkiem sympatyczny, udało mi się nawet zrobić z nim zdjęcie. No i załapałam się na trzy serie ziania ogniem. Podobno jakiegoś SMSa trzeba wysłać, żeby zionął, a ja widocznie podpięłam się pod czyjeś zamówienie, bo nawet udało mi się sfotografować Gadzinę w akcji ;-)
Po odwiedzeniu Smoka spacerem, mimo deszczu, kroki skierowałam ku dzielnicy żydowskiej. 

Mapa Kazimierza
Krakowski Kazimierz jest dzielnicą o niepowtarzalnym klimacie. Szłam uliczkami, a głowa obracała się naokoło. Tam jakby czas zatrzymał się kilkadziesiąt lat temu.

Mural
Przywitał mnie ogromny mural na zniszczonym domu. Później szłam bardziej na czuja, niż według mapy. Pilnowałam tylko, żeby bez potrzeby nie opuszczać granic dzielnicy. Trochę błądziłam, trochę kluczyłam, ale ostatecznie się przecież nie zgubiłam. Nigdzie mi się nie spieszyło, zaglądałam we wszelakie zakątki, aby poczuć niepowtarzalną atmosferę tego miejsca. Na Kazimierzu nie miałam punktów, które MUSZĘ zobaczyć. Noo… Poza zapiekankami ;-) ale do tego jeszcze dojdę. Na tę część miasta miałam założenie takie – być, zobaczyć, poczuć, zapamiętać. I korzystać z tego, na co trafię po drodze.

Pierwszym takim punktem było Żydowskie Muzeum Galicja przy ulicy Dajwór 18. Ekspozycję stałą tworzą fotografie będące świadectwem życia Żydów w poszczególnych okresach historycznych. Zdjęcia pokazują historię Narodu Żydowskiego.


Wnętrze jest surowe, bez wyszukanych efektów specjalnych. Instalacja muzealna bije prostotą, przez co widz tego przedstawienia skupia całą swoją uwagę na prezentowanych treściach, a nie na mało istotnych walorach (nie)estetycznych.
Wystawa podzielona jest na pięć sekcji:
1)    Świadectwo ruin.
2)     Żydowska kultura, jaką niegdyś była.
3)     Holokaust. Miejsca zagłady.
4)     Jak zapamiętywana jest przeszłość.
5)     Ludzie tworzący pamięć.


Każda z sekcji jest swoistym świadectwem bogactwa kulturowego Narodu Żydowskiego, jednakże mną najbardziej wstrząsnęła sekcja trzecia. Nie wiem, czy to z racji posiadanej przeze mnie wiedzy historycznej i kolejnego uzmysłowienia okrucieństwa tamtego okresu, czy może wynikało to z tego, że była to namiastka Muzeum Auschwitz, do  którego ostatecznie nie dotarłam. Było mi ciężko i nie mam zamiaru tego ukrywać. Jednakże cały wydźwięk wystawy jest raczej pozytywny. Wysokiej jakości fotografie przedstawiają historyczny przekrój codziennego życia Żydów. Nowatorski sposób przedstawienia zagadnienia nie nuży, a wręcz zachęca do bardziej wnikliwej analizy przedstawionych historii.
No i co jeszcze czyni to muzeum jednym z wyjątkowych – w środku można robić zdjęcia, nawet przy użyciu flesza, co się generalnie nigdzie nie zdarza. Jeśli już jest pozwolenie, to bez lampy błyskowej. Tutaj nie ma ograniczenia, jednakże jedynie zalecane jest wyłączenie lampy. Światło wewnątrz jest jednak na tyle zadowalające, że faktycznie nie trzeba strzelać błyskami na prawo i lewo.

Stara Synagoga
Niespiesznie dreptając dalej, dotarłam do ulicy Szerokiej, a tam… Tańce, hulanki i swawole. Jak dla mnie – centrum całej dzielnicy ;) Kawiarenki, muzyka żydowska na żywo, stara zabudowa, szyldy dawnych zakładów i pracowni.

Ulica Szeroka

Dawno temu na Kazimierzu...

Co autor miał na myśli?
Po wyjściu z Szerokiej obrałam azymut na Plac Nowy, bo wieść niosła, że tam zapiekanki na wypasie serwują, a mi powoli w najmniej spodziewanych miejscach zaczynał objawiać się latający balon. W trosce o własne zdrowie, nie tyleż psychiczne, co fizyczne, doładowałam akumulatory zapiekanką królewską za okrągłe 9 zł i poszłam dalej, jak nakręcona. W sumie dobrze, że to był jedyny posiłek zjedzony na  mieście w trakcie całego pobytu, bo na podanym przykładzie widać, że krakowskie jedzenie dziwnie na mnie wpłynęło i jakbym się tak rozkręciła, to na piechotę z Krakowa dotarłabym do Kołobrzegu.

To ten balon, który mi się ukazywał za każdym razem, kiedy spojrzałam w niebo...
Na głodzie.
A schował się, jak wszamałam zapiekankę ;-)

Ten Maluch jest genialny ;)
Pokręciłam się jeszcze po Kazimierzu, a później wychodząc przez Plac Wolnica zaczęłam obierać kierunek powrotny, wzdłuż Wawelu, przez ulicę Grodzką do Rynku Głównego. Dopiero kiedy minęłam Franciszkańską, zorientowałam się, że tam jest sławetne Okno Papieskie. No to się wróciłam, bo czasu jeszcze trochę miałam. Zdjęcia zrobiłam i poszłam dalej… Przed siebie, bo gdybym miała czekać na tramwaj, a później kolejną godzinę na autobus, to przekalkulowałam, że się przejdę, a co mi tam!

Plac Wolnica - widok na kościół Bożego Ciała

Budynek Muzeum Etnograficznego

Kościół św. Andrzeja na ul. Grodzkiej

XXVI Międzynarodowy Festiwal Teatrów Ulicznych

Okno papieskie
I tym oto bezproblemowym sposobem pyknęło mi 15 km piechotką w 9 godzin.


PODSUMOWANIE

Bilet, ulotka, pamiątkowy znaczek na tablicę
Podobnie jak wczoraj, tak samo dzisiaj, ceny biletów uzależnione były od posiadanych uprawnień i ulg.
Wejście na Wawel -  30 zł z przewodnikiem, (bez przewodnika indywidualnie byłoby 15 zł).
Wstęp do Muzeum Żydowskiego Galicja – 10 zł.
Zapiekanka na Kazimierzu – 9 zł.

Niestety, z racji że bilet na Wawel był grupowy, nie mam go, ale mam ulotkę – ona też może być pamiątką tej wizyty :)

4 komentarze:

  1. Mrsspinka - carpe diem26 lipca 2013 00:34

    Masz rację pisząc "łapmy dzień i wykorzystujmy dane nam szanse", bo prawda jest taka, że nie wiadomo kiedy nadejdzie kolejna okazja. Czas mija zastraszająco szybko, czasami jest tak, że dziś masz na coś szansę i nie zdążysz nawet mrugnąć i szansa przepada, a później nigdy więcej już nie nadchodzi. Czasem coś robisz i myślisz sobie, że powtórzysz to jeszcze milion razy, a życie układa się tak, że nie powtórzysz nawet jeden raz i cieszysz się, że masz chociaż jedno wspomnienie, jedno zdjęcie, jedną ulotkę. Szanse są po to, żeby je wykorzystywać, a kiedy ma się ku temu okazję, bo człowiek planował, starał się i wyczekiwał - największą głupotą byłoby zrezygnować z czegoś, co może przynieść tylko korzyści. Kiedyś myślałam, że już każdy weekend będzie spędzony na podróżach i wyjazdach - często spontanicznych. Nigdy nie zapomnę, kiedy zdarzało się, że po wyjściu ze szkoły w piątek, zamiast prosto do domu, szłam na pociąg i jechałam do Krakowa. Dom na Brogach czekał zawsze. Wtedy korzystałam z uroków życia w centrum Polski - relatywnie wszędzie blisko - korzystałam z ulg na bilety, korzystałam ze spontaniczności koleżanki, która jeździła razem ze mną, korzystałam z pieniędzy, które gdzieś wyskubane i wychuchane dawały możliwość zakupu taniego biletu, taniego noclegu, taniego wina. Cieszę się, że z tego korzystałam, kiedy był czas i okazja, kiedy nie musiałam rezygnować z czegoś na rzecz czegoś, dzięki czemu nie musiałam niczego żałować. Dziś nadal mam wszędzie blisko, ale dziś co innego jest na tapecie, póki co inne priorytety i możliwości na inne rzeczy. I korzystam z tego, póki mogę, żeby później wykorzystywać jeszcze inne szanse i nie żałować, że zaprzepaściłam aktualne. Podróże są czymś niesamowitym, pozwalają odkryć świat i siebie - na nowo. Człowiek nagle staje twarzą w twarz z samym sobą i robi rzeczy, o które nigdy by siebie nie podejrzewał, ma przemyślenia, które nigdy wcześniej nie nadchodziły, albo nie potrafiły przebić się przez jakąś warstwę, która w trakcie podróży znika. Korzystaj, bo teraz jest na to Twój czas i Twoje miejsce.

    OdpowiedzUsuń

Twoja opinia jest dla mnie bardzo ważna. Dziękuję :)

Obserwatorzy