Że Marchevka zakochana jest w Polsce, wie chyba każdy bywalec tego bloga :) Żadna to tajemnica, a wręcz przeciwnie i bezapelacyjnie moje miejsce jest tu, między Odrą a Bugiem, od Bałtyku do Tatr. Nie znaczy to jednak, że neguję piękno i historię innych krajów. Pamiętacie zachwyty nad Bornholmem? A wiosenny wypad do Stralsundu i sztormowy Ahlbeck? Zachwycaliście się przecież razem ze mną :)
Chociaż mam wiele do obejrzenia i wiem, że nie zwiedziłam nawet promila Polski, podróż życia będzie zdecydowanie niepolska, a nawet nieeuropejska. Ale pewnie ułoży się tak, że w tę podróż udam się już na emeryturze, bo tam nie wystarczy zabrać termosu z gorącą kawą. Australia wymaga uwagi i konkretnego przygotowania :)
I mimo że moje miejsce na ziemi to bezapelacyjnie Kołobrzeg, istnieje jeszcze jedno miasto, gdzie powietrze pachnie tak, jak lubię, zachodzące słońce zapala mi ogniki w oczach, a nogi niosą tu i tam bez większego planu i celu. Przed siebie, chociaż z ostrożnością, bo naprawdę u siebie czuję się tylko w Polsce. Ale gdyby okazało się, że coś... że ktoś... że jakoś... Mogłabym tam zamieszkać.
Berlin. Miasto, które za każdym razem postrzegam inaczej. Za każdym razem słońce oświetla wszystko pod innym kątem. Za każdym razem, mimo że tak samo, ścieżki wiodą w inne strony. I dzisiaj nie będzie typowego przewodnika, utartych tras, historycznych wywodów. Zapraszam na nieoczywistą wędrówkę przez wszystko i nic. Mój Berlin.
Ty wiesz :*