poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Osiem tygodni na Wyspie, czyli ogarnęłam formalności

Osiem tygodni temu samolot linii Ryanair, lot numer FR8781 z Gdańsk do Cork wylądował w Irlandii. Był to pierwszy krok ku nowemu. Nowemu życiu, doświadczeniom, pracy, domu. W czasie podchodzenia do lądowania patrzyłam na irlandzką zieleń, a w głowie kołatało się "witaj w domu, Marchevko". Moje podejście wynikało z tego, że z przyczyn bardzo osobistych zdecydowałam się zostawić wszystko, co osiągnęłam w kraju, wszystko co lubiłam i kochałam. Po to, by... móc spokojnie spać. Bo jak wiadomo - zdrowy sen to jedna z podstaw zdrowego organizmu ;-) Nie przyjechałam tu, by popracować rok-dwa, zarobić albo dorobić się i wrócić. Skoczyłam na głęboką wodę, zwalniając się z pracy, rozwiązując umowę wynajmu mieszkania, doprowadzając wszystkie sprawy, w tym zdrowotne, do porządku. Ostatnie kilka miesięcy w Polsce poświęciłam tylko i wyłącznie dla siebie. I na dobre to wyszło, bo z pustą głową mogłam rozpocząć nowy etap.

Irlandia to taki kraj, który w porównaniu z Polską jest inny. Ani lepszy, ani gorszy - po prostu inny. Żeby normalnie funkcjonować, trzeba to przyjąć - tak jest i już. Bez filozofii i prób zmiany na to, co znane. Uzbroić się w cierpliwość przy załatwianiu urzędowych spraw. nauczyć się, że nie wszystko jest od ręki i czasami jest dość skomplikowane, gdy zaczynasz tu życie, ale w końcu osiąga się efekt. Nawet w Unii Europejskiej prawo krajowe ma priorytet nad tym wspólnotowym, więc wbrew pozorom praktycznie nic nie jest ujednolicone na tyle, by bezkolizyjnie przeskoczyć między Polską a Irlandią (a jak już wiem z rozmów z koleżankami-emigrantkami, nigdzie nie jest prosto i szybko). 

Załatwienie formalności związanych z pobytem w Irlandii okazało się bardziej skomplikowane, niż się na początku wydawało. Przed laty, kiedy Irlandia otworzyła granice dla Polaków, system socjalny funkcjonował zupełnie inaczej, niż dziś. Procedury były uproszczone, a do zarejestrowania się na terenie kraju i uzyskania numeru PPS (polski NIP/PESEL) wystarczyło tylko potwierdzenie adresu i ważny paszport. Obecnie wymagany jest dodatkowo list od pracodawcy o zatrudnieniu, bądź podpisany kontrakt na pracę. W teorii nie jest to trudne, a w praktyce w moim przypadku okazało się ogromną przeszkodą, bo... aby pracować jako kierowca w Irlandii w firmie, w której bardzo pracować chciałam, musiałam przedstawić irlandzkie prawo jazdy. Żeby wymienić polskie na irlandzkie, potrzebowałam numeru PPS. Koło się zamknęło, a co dalej, będzie za chwilę.

Wrócę do potwierdzenia adresu. W Irlandii nie istnienie coś takiego jak meldunek. Tutaj adres zamieszkania potwierdza się poprzez przedstawienie urzędowego pisma, które otrzymam pocztą. Skąd jednak wziąć taki list, kiedy dopiero stawiasz pierwsze kroki na Wyspie?

W Social Welfare, urzędzie odpowiedzialnym za przydzielanie numeru PPS, przedstawiłam więc list od pracodawcy, w którym zawarta była informacja o dacie rozpoczęcia pracy oraz konieczności posiadania tego numeru do skompletowania wymaganych dokumentów w teczce pracownika; aktualny paszport oraz potwierdzenie adresu, którym był odręcznie napisany przez M. list potwierdzający, że mnie zna od X lat i że od dnia YY mieszkam pod tym adresem oraz z korespondencją z banku zawierającą adres i nazwisko M.
W recepcji urzędu dostałam potwierdzenie zarezerwowanej wizyty na za dwa dni. Kiedy stawiłam się w umówionym miejscu i czasie, pan urzędnik był bardzo przyjazny. Przyjął wszystkie przygotowane dokumenty, przedstawił do wypełnienia formularz, po czym wyjął kartkę z różnymi pytaniami, na które wybrane dowolne dwa miałam odpowiedzieć. Mimo przyjaznej atmosfery byłam dość przejęta i nie zapytałam, jaki cel jest tych pytań, na które odpowiedzi notował w komputerze. Pytań było chyba około 20-tu. Zapamiętałam cztery pierwsze:

  1. Jak ma na imię Twoje najstarsze dziecko?
  2. Jaki jest Twój ulubiony sport?
  3. Jak brzmi imię Twojego średniego dziecka? 
  4. Jakie jest nazwisko rodowe babci ze strony mamy? 

Odpowiedziałam na pytania 2 i 4, ponieważ, jak wiadomo, Marchev dzieci nie posiada, a koty się nie liczą. Po wypełnieniu formalności roleta zamykająca boks została opuszczona, a mi zostało zrobione zdjęcie kamerą umieszczoną w szybie okienka (tak jak w Polsce są dziurki do mówienia, tak tutaj była kamerka), a zdjęcie zostanie użyte do wyrobienia Public Service Card, czyli karty usług publicznych, która w Irlandii pełni funkcję m. in. potwierdzenia tożsamości i adresu. Jest to usługa bezpłatna i od pewnego czasu wydawana obligatoryjnie osobom, które ubiegają się o uzyskanie numeru PPS. W ciągu 1-2 tygodni numer PPS oraz karta PSC dotrze do mnie pocztą.

A do czego konieczny jest numer PPS? Na ten moment po to, abym mogła w Revenue, czyli w irlandzkim urzędzie skarbowym zarejestrować się jako pracownik i ustalić progi oraz ulgi podatkowe. Po zmianie przepisów pierwszą pracę w Irlandii należy zarejestrować samodzielnie przez internet korzystając z serwisu internetowego Revenue, bądź za pośrednictwem platformy MyGovid.ie, która jest odpowiednikiem polskiego Profilu Zaufanego. Brzmi to trochę strasznie, ale zasady są dość proste. Określone są progi podatkowe (20% i 40%) oraz przysługujące ulgi, a wszystko w zależności od poziomu zarobków oraz sytuacji życiowej (singiel/małżeństwo). Jeśli nie zarejestruję się w Revenue, automatycznie zostanie potrącony mi podatek w wysokości 40%, plus pozostałe składki, w efekcie czego dostanę niecałe 50% wypracowanych pieniędzy. I tak też będzie za tydzień, kiedy dostanę moją pierwszą tygodniówkę. Nie ma jednak tego złego, ponieważ ściągnięty podatek zostanie mi zwrócony albo wraz pierwszą wypłatą po uregulowaniu podatkowych formalności, albo po zakończeniu i rozliczeniu bieżącego roku.

Jeśli zaś o wypłaty chodzi - do tego potrzebne jest konto w banku i tutaj były największe problemy, ponieważ aby założyć konto potrzebuję potwierdzenia adresu oraz paszportu. Niby nic, bo przecież potwierdzenie mam! A jednak banki nie uznają listów pisanych przez przyjaciół/partnerów/współlokatorów/landlordów (właścicieli wynajmowanych mieszkań) ani nawet korespondencji z Social Welfare! Bank honoruje rachunki za energię elektryczną/gaz (no ale skąd?!) lub... certyfikat podatkowy z Revenue. Koło zamknięte, bo przecież muszę to konto kiedyś założyć, a biorąc pod uwagę 1-2 tygodnie oczekiwania na numer PPS, a potem kolejne 1-2 tygodnie na tax cert, to mija miesiąc albo dłużej, a moje wypłaty są tygodniowe...
Okazuje się, że istnieje paradoksalny wyłom w zasadach, ponieważ mając list z potwierdzeniem adresu, list od pracodawcy o konieczności założenia konta w banku i wszystko inne, czego dusza zapragnie, w placówce nie masz szans na założenie konta bankowego. Można to jednak zrobić on-line, a wszystko, czego wtedy potrzebujesz, to telefon z kamerą przód/tył, dobry internet i swój paszport.
Co prawda wiele też zależy od konsultanta pracującego w infolinii, bo pierwsze dwa podejścia były nieudane. Konsultanci twierdzili, że jest zbyt głośno i oni nie mogą się ze mną porozumieć (a w domu byłam tylko ja i M., wszystko wyłączone). Za trzecim razem trafił się jednak pan, który również twierdził, że chyba mam za głośny mikrofon, ale rozwiązał to na swój sposób i krok po kroku przeprowadził mnie przez procedurę potwierdzenia tożsamości. Po kilku dniach otrzymałam pocztą kod weryfikacyjny, który miał potwierdzić mój adres zamieszkania, a po wprowadzeniu go do aplikacji bankowej, mogę cieszyć się swoim nowym kontem bankowym oraz okrągłym jego stanem w wysokości 0,00 euro :D A pierwszą wypłatę otrzymam czekiem, bo Payroll (księgowość) w czasie naliczania wypłat nie miał jeszcze mojego numeru.

To już za mną i powyższe to już tylko kwestia kilku dni, póki nie dostanę pocztą wszystkich niezbędnych dokumentów. Przede mną jeszcze zmiana prawojazda, która ze względu na kwalifikacje zawodowe odbędzie się w dwóch etapach i w dwóch urzędach. Z powodu członkostwa w Unii Europejskiej posiadane uprawnienia zostaną mi uwzględnione, ale po wymianie będę podległa już irlandzkim przepisom, w tym w zakresie punktów karnych oraz sposobu i okresu odnawiania kwalifikacji zawodowych. Najpierw muszę skserować moje polskie prawo jazdy. Następnie udać się do GP (General Practitioner - lekarz rodzinny), który wypełni mi formularz poświadczający stan zdrowia pozwalający na wykonywanie pracy jako kierowca zawodowy (dotyczy jedynie kierowców posiadających kategorie C, D i wyższe). Z tym formularzem oraz wypełnioną aplikacją udam się do NDLS (National Driver Licence Service - odpowiednik wydziału komunikacji). Tam już na miejscu zostanie mi zrobione zdjęcie i zostanie oczekiwanie na prawo jazdy, około 6 tygodni. Koszt operacji 35 euro lekarz + 55 euro prawo jazdy.
Po otrzymaniu irlandzkiego prawojazda, muszę je skserować i wraz z kserokopią polskiego, zdjęciem i wypełnionym wnioskiem, muszę wszystko wysłać do RSA (Road Safety Authority - urząd ds. bezpieczeństwa drogowego). Tam na podstawie posiadanych kwalifikacji zawodowych zawartych w polskim prawojaździe wystawią mi kartę CPC przypisaną do irlandzkiego prawojazda. I wtedy już będę pełnoprawnym irlandzkim kierowcą, któremu nawet w życiu prywatnym będzie dużo prościej - ubezpieczenia OC prywatnych pojazdów dla kierowców z zagranicznym prawojazdem są nawet do 40% wyższe niż dla posiadaczy irlandzkich licencji.

Chociaż miałam także okazję, by podjąć pracę jako kierowca, przeanalizowałam wszelkie za i przeciw. ZA było bieżące, chociaż oczywiście perspektywiczne - praca w zawodzie i zdobywanie doświadczenia w ruchu lewostronnym. PRZECIW było to, że gdybym teraz zaczęła jeździć, nie mogłabym wymienić prawojazda, a co za tym idzie, możliwość podjęcia pracy w firmie marzeń oraz ulga w ubezpieczeniu OC na prywatny pojazd opóźniłaby się w czasie. Zdecydowałam więc, że chwilowo skorzystam z innych możliwości zawodowych, a więc kreuję ludziom widok na świat, bawię się w matematycznego skrzata, przeliczając stopy, cale i jardy na centymetry i metry oraz szlifuję język angielski, który w irlandzkim narzeczu nie jest tak oczywisty jak ten, którego uczą w szkolnej ławie. Dopinam wszystkie formalności, zarabiam jakieś euraski, poznaję nowe życie i jestem szczęśliwa. Ale o tym będzie już w następnym odcinku. :) 

9 komentarzy:

  1. notka wcale nie jest nudna,nużąca itepe.Jest świetna ,dobrze oddaje klimmat urzędniczych perypetii.
    Przeczytałam ją dokładnie X-menowi.Był nie ukrywam zafascynowany!

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeczytałam jednym tchem :)
    Dzielna Marchwka!
    Tak mi się zapamiętało ul. Ł 11/11
    Powodzenia od Chorzowian!

    OdpowiedzUsuń
  3. nie najnudniejsza tylko jedna z najciekawszych :P

    OdpowiedzUsuń
  4. Chociaż dużą część tych informacji już mi opowiadałaś w trakcie naszych rozmów, przeczytałam to kompendium z ciekawością. Dobrze, że zebrałaś tu wszystkie informacje, bo trudne i intensywne początki szybko się zapomina i potem, po dłuższym czasie, trudno jest do nich wracać. Powodzenia na irlandziej ziemi. W Twoje umiejętności organizacyjne wierzę nie od dziś, więc jestem pewna, że sobie dasz radę w nowym miejscu. Fajnie, że już masz pracę, czyli pierwsze koty za płoty, trzymam kciuki za ciąg dalszy :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dasz radę, bo kto jak nie Marchevka?! :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dasz radę, też w to wierzę! Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Marcheva,jesteś wielka. Ja bym się podłamała, tyle formalności... Post wcale nie jest nudny.

    OdpowiedzUsuń
  8. Nacia, mega Ci kibicuję! Powodzenia w Irlandii <3

    OdpowiedzUsuń
  9. Wniosek: biurokracja jest wszędzie, a Kafka miałby używanie.

    OdpowiedzUsuń

Twoja opinia jest dla mnie bardzo ważna. Dziękuję :)

Obserwatorzy