niedziela, 28 września 2014

Gorzów Wielkopolski - stolica parków i kamieniczek (Z cyklu: Polska na 100%)

Za oknem ciemno, rozpoczął się ostatni weekend bardzo dziwnego urlopu. Dziwnego, bo w ciągu miesiąca nie wyściubiłam nosa poza Kołobrzeg, by nie powiedzieć, że poza dom. Niestety, dopadło mnie kilka nieszczęść natury zdrowotnej i zamiast poznawać kolejne kawałki naszego kraju, zostałam w domu, ale przynajmniej wyspałam się za wszystkie czasy. Żadnych pobudek, każda noc przespana w łóżku, a nie w pociągu, do tego drzemki w dzień. Można odpocząć i polecam każdemu. Może nie aż pełny miesiąc, ale chociaż tydzień albo dwa ciągłego spania. :D
O tym spaniu powiedziałam w złą godzinę, bo w sobotę budzik zadzwonił o 3:33. Nigdy nie ustawiam budzika na pełne godziny. ;) Otworzyłam jedno oko i stwierdziłam, że jest za ciemno i nie wstaję. Za chwilę jednak odezwał się rozum i powiedział - kasa na bilety wydana, poza tym Tomek pewnie już się szykuje, więc trza się zwlec. Z wielkim bólem wygramoliłam się z ciepłego łóżeczka i posłusznie wzięłam się za ogarnianie samej siebie. O tej porze naprawdę nie jest to łatwe i nie idzie zbyt sprawnie. Niemniej spotkaliśmy się punktualnie w miejscu zbiórki i pognaliśmy na dworzec (mieliśmy farta, że mój tata miał wolny weekend i nas zawiózł, bo o tej porze autobusy nie jeżdżą. A i wieczorem załapaliśmy się na darmowy transport ;-) ).


Przeważnie śpię w pociągach, jednak tym razem miałam ze sobą bardzo pasjonującą lekturę, a mianowicie najnowszą książkę Andrzeja Stasiuka pt. "Wschód". Czytałam, poszukując wspólnych ścieżek w Lublinie. Ciągle miałam jednak poczucie, że czegoś nie wzięłam. Dopiero pod Szczecinem zorientowałam się, że brakuje mi codziennej porcji kofeiny. W Dąbiu, po przeprowadzonych poszukiwaniach odpowiedniego lokalu, w miejscowej mordowni kupiłam kubek gorącej fusiastej substancji i w końcu zaczęłam żyć. Podróż, mimo przesiadek, upłynęła bardzo szybko i nim się obejrzałam, byliśmy w stolicy województwa lubuskiego.

Przygotowań zbyt wielkich nie poczyniłam, bo gdy weszłam na stronę internetową Gorzowa Wielkopolskiego, okazało się, że do największych miejskich należą parki i fontanny, natomiast pomniki są dodatkiem do nich. Poza tym wspólne wyjazdy planuje zawsze Tomek, więc po przejrzeniu oferty dałam sobie spokój z planowaniem i postanowiłam iść tam, gdzie mnie nogi poniosą. Albo tam, gdzie pokieruje kumpel :D

Pomnik naszego wieszcza narodowego na Skwerze Wolności
Wędrówkę rozpoczęliśmy od Skweru, w którym wypatrzyłam kolejny do kolekcji pomnik konny, tym razem marszałka Piłsudskiego. Chyba będę musiała stworzyć oddzielny album, w którym będę mogła wszystkie razem trzymać, bo jak na razie to je tylko fotografuję i opisuję, a może warto mieć je wszystkie razem?


Odwiedziliśmy Park Wiosny Ludów, zwany przez gorzowian "parkiem róż". Jest to najpopularniejszy park w mieście, całkiem urokliwy i przyjemny. Staw, przepływająca rzeczka Kłodawa, mnóstwo kaczek i kilka innych atrakcji typu różowe drzewo czy oryginalny mostek czynią to miejsce oazą spokoju i wypoczynku. Ławki, alejki spacerowe i plac zabaw sprawiają, że w parku coś dla siebie znajdzie każde pokolenie.

Rzeźby muzyków Gorzowskiej Orkiestry Dętej w Parku Wiosny Ludów

Rzeczka Kłodawa - kaczki po surfują po niej jak małe skutery :D
Idąc w stronę murów miejskich spotkaliśmy Edwarda Jancarza - legendę polskiego żużla, a także znanego gorzowianina. Na naszym szlaku było kilka rzeźb upamiętniających ludzi związanych z Gorzowem, tutaj pojawi się jeszcze jedna :)


Czasem się zastanawiam, czy to tylko moja (nad)wrażliwość na takie obiekty sprawia, że najchętniej przytuliłaby się do murów i słuchała, słuchała, słuchała... czy jednak jest to rzeczywiście magiczny fragment miejskiej rzeczywistości. Mury miejskie to strażnicy mieszkańców i historii, świadkowie zdarzeń, o których dzisiaj być może już nikt nie pamięta. Mury to doskonały materiał do kontemplacji, badania, słuchania, obserwowania. 



Następnie kroki skierowaliśmy w stronę Parku im. Henryka Siemiradzkiego. Na pierwszy rzut - "Schody Donikąd", na szczycie których podobno jest platforma widokowa. Podobno, bo schody są nieczynne i nie mogliśmy się osobiście przekonać o tym fakcie. Budowla jest imponująca, chociaż niestety zapuszczona niszczeje. Następnie dzielnicą kamienic czynszowych doszliśmy do Parku od drugiej strony i skosztowaliśmy niemalże górskiej wędrówki. Jest to raczej lasek miejski, w którym sympatycznie się chodzi w taką pogodę jak w sobotę, czyli nie w deszczu i bezpośrednio po deszczu. Inaczej zjazd na tyłku gwarantowany.










Idąc w stronę centrum sfotografowałam ciekawą rzecz. W Gorzowie na wielu budynkach, oprócz tabliczki z adresem, widnieje także tabliczka z numerem... inwentarzowym. To tej pory chyba nigdzie indziej tego nie widziałam. Często nie ma nawet tabliczki adresowej, ale inwentaryzacyjna jest.




Po parkowej wspinaczce postanowiliśmy do ścisłego centrum dojechać tramwajem. Co prawda trochę nam zajęło znalezienie sklepu, w którym moglibyśmy nabyć bilety, ale dzięki temu przeszliśmy się koło najważniejszego placu w mieście, na którym odbywają się wszelkie uroczystości. Sprzedawca, gdy się dowiedział, że nie jesteśmy tutejsi, z szelmowskim uśmiechem zapytał, czy nie przybyliśmy z Zielonej Góry. Kiedy powiedzieliśmy, że z Kołobrzegu, wyraźnie poprawił mu się humor ;)
Plac Grunwaldzki z fontanną oraz Dzwonem Pokoju
Przejechaliśmy tylko trzy przystanki, bo jak zwykle na mapie wszystko wygląda straszniej, niż w rzeczywistości (pamiętacie Białystok?). Ale mamy za to zaliczone gorzowskie tramwaje i bileciki na pamiątkę :D A po zobaczeniu najważniejszych punktów udaliśmy się do tureckiej knajpy przy rynku na drugie śniadanie.
Na pierwszym planie pomnik "Kormorany" autorstwa Zofii Bilińskiej a w tle kościół św. Antoniego Padewskiego i św. Staniława Kostki z przełomu XVII i XVIII w., zwany "białym kościółkiem".
Katedra Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
Fontanna Pauckscha z 1986 roku. Symbolizuje pracowitość gorzowian oraz życiodajność Warty

Tramwaj ;-)
Katedra Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Gorzowie Wielkopolskim. Bryłą trochę przypomina bazylikę kołobrzeską, jednak od razu zauważa się różnicę w wieżowych hełmach - podczas gdy kołobrzeskie są strzeliste, w stylu gotyckim, tutaj zauważa się typowy hełm barokowy. Ołtarz jest jednym z pierwotnych siedemnastu ołtarzy świątyni. Pozostałe szesnaście zostało zniszczone w czasie reformacji. Co ciekawe - zegary na wieży działają poprawnie (a różnica między zdjęciami spowodowana została, że najpierw obejrzeliśmy kościół z jednej strony, a później z drugiej - zmierzając w drugą stronę miasta).





A później poszliśmy na bulwar nad Wartą - moim zdaniem absolutny hit Gorzowa. Ciągnący się między brzegiem rzeki a zabytkową estakadą kolejową z 1914 r. bulwar stanowi miejsce spotkań, spacerów i odpoczynku. W sklepieniach (których łącznie jest około 70) utworzono lokale usługowe, w tym gastronomiczne, pod kilkoma są przejścia dla pieszych i/lub przejazdy samochodowe, pod kilkoma z nich utworzono miejsca parkingowe dla mieszańców pobliskich kamienic. 

W minioną sobotę na Warcie odbywały się zawody kajakarskie, widzieliśmy także kilka kanadyjek. Pływały także naprawdę małe dzieci, a nad bezpieczeństwem uczestników czuwał patrol WOPRu - niebezpodstawnie - byliśmy świadkami kilkukrotnego holowania kajaka i transportowania tych, co wpadli do wody.

Zegar słoneczny na bulwarze
Ozdobna woliera, odpowiednio ogrodzona barierkami oraz zbudowana z siatki o drobnych oczkach, uniemożliwiała, a przynajmniej znacznie utrudniała dręczenie i zaczepianie ptaków przez ludzi.
Widok na Most Staromiejski
Widok na bulwar z Mostu Staromiejskiego - Estakada kolejowa, pływające fontanny na Warcie, barka
A przed nami - punkt widokowy

Panorama bulwaru z punktu widokowego - po kliknięciu zdjęcie powiększy się
A na punkt widokowy wiodą takie oto schodki
Tak, to jest reklama - "Królowa Jadwiga" zaprasza. Czuliśmy się tam na tyle dobrze, że odwiedziliśmy to miejsce dwa razy.
Piwo Lubuskie - całkiem okej. Nad Wartą, przy słoneczku, całkiem sympatycznie zakończyliśmy ten dzień.
Z tej strony wygląda to jak bezkształtne coś, jednak z drugiej strony widać dziób i okazuje się, że jest to orzeł z rozpostartymi skrzydłami, który stanowi....

Z punktu widokowego poszliśmy do Muzeum Lubuskiego im. Jana Dekerta. Instytucja ta mieści się w spichlerzu "białym", wybudowanym na początku XVIII wieku. Obeszliśmy budynek dookoła, szukając wejścia. W końcu trafiliśmy na... zamknięte drzwi. Ale obok był dzwonek z tabliczką "prosimy dzwonić". Po upewnieniu się, że jesteśmy w godzinach "urzędowania" - wcisnęłam dzwonek i... Rozległ się dźwięk, który skojarzył mi się z jakimś alarmem. Przestraszyłam się :D Ale wielkie drewniane drzwi drgnęły i zostaliśmy wpuszczeni do środka. Okazało się, że drzwi zamykane są ze względów bezpieczeństwa, a dzięki temu chociażby bez obaw zostawiliśmy w biurze swoje plecaki i bez balastu poszliśmy zwiedzać. A było co... Co prawda najbardziej zainteresowały mnie dwie pierwsze (z pięciu!!) kondygnacje, ale muzeum wrażenie zrobiło spore. Na parterze obejrzeliśmy rozwój przestrzenny Gorzowa, a także salę z... młynkami wszelkiego rodzaju. Jak można się domyślić - dominowały te do mielenia kawy. Pierwsze piętro natomiast to wystawa o wojennych losach Gorzowa do I wojny światowej oraz część o klęskach nawiedzających miasto.
Pozostałe dwa piętra i poddasze zajmuje wystawa malarstwa współczesnego, która mnie zupełnie nie urzekła, bo koneserem mazajów nie jestem i nie mam zamiaru wyrażać fałszywego zachwytu nad trzema dziurami w płótnie zatytułowanymi "Ukrzyżowanie". Ale jeśli ktoś to lubi, to znajdzie nawet miejsce do kontemplacji tego rodzaju sztuki, co uwieczniłam na zdjęciu :)

Spichlerz, widok od strony centrum handlowego
Wejście do muzeum
Na tej wystawie zobaczyliśmy także ładną makietę miasta, ale ten widok bardziej mi się spodobał
To jest tylko 1/5 młynkowej wystawy
Już wiadomo, że to moja ulubiona część ekspozycji... :)
Jak mówiłam - można usiąść i popatrzeć...
Na koniec - jeszcze kilka migawek z miasta. Kierując się w stronę bulwaru mijaliśmy ciekawą knajpę w klimacie PRL, ale to cudo poniżej zauważyłam dopiero w drodze powrotnej. Aż mnie na chwilę zamurowało, zanim mój mózg zrozumiał, że jednak nie oszalał i ten Żuk rzeczywiście wygląda, jakby wyjeżdżał ze ściany.

Były gmach Poczty
Gdyby nie połączenie muru z drewnem, pewnie przeszłabym obok tej wieży ciśnień i nie zwróciła uwagi, bo przecież takich budowli o takim kształcie na ziemiach zachodnich nie brakuje. A jednak - trzykondygnacyjna wieża składająca się z dwóch murowanych poziomów i jednego drewnianego, zbudowana na początku XX w. w czasach Kolei Wschodniej zasilała w wodę m. in. parowozy. Obecnie, jak większość tego typu obiektów, stoi, niszczeje, czeka na brawa albo na zawalenie...


I tak, jak już wspomniałam przy pomniku Jancarza, wracamy na chwilę do słynnych gorzowian. Spotkaliśmy tego pana przypadkiem, ale jakoś tak mnie uwiódł, że bez najmniejszego namysłu złapałam go pod rękę, rzucając w stronę Tomka aparat i prosząc o zdjęcie. Szymon Gięty - legendarny gorzowski kloszard. Jego pomnik jest chyba jedynym w Europie pomnikiem kloszarda. Naprawdę nazywał się Kazimierz Wnuk. Pseudonim wymyślił poeta Zdzisław Morawski.
Szymon Gięty był człowiekiem nietuzinkowym. Krąży o nim wiele opowieści, które mogą być tak samo prawdziwe, jak i zmyślone. Wszystko jest tak samo prawdopodobne, jak i nieprawdopodobne. Nie wiadomo, kim był, zanim pojawił się na ulicach Gorzowa. Wiadomo natomiast, że był człowiekiem nietuzinkowym o wielkiej inteligencji. Kpił z komunistycznych absurdów, pomagał uczniom w nauce, a dzieciaki uwielbiały jego niespotykany zwierzyniec (miał np. małpę).
Niestety, pomnik chyba został uszkodzony, bo Szymon w lewej dłoni powinien dzierżyć drut, na którym toczył fajerkę - był to jego atrybut. Był to element łatwy do oderwania od reszty i pewnie padł ofiarą złomiarzy. A szkoda. Ale od razu wyczułam, że to musiała być postać barwna i przesympatyczna.

Słowem podsumowania - Gorzów jest miastem... hm, i tu zaczyna się problem. Chciałam napisać, że jest miastem ciekawym. Ale czy to by się nie wykluczało z tym, że jednak 7 godzin, jakie mieliśmy na zwiedzanie, to było zbyt dużo? Że po czterech godzinach łazikowania, w sklepie z pamiątkami mogliśmy śmiało powiedzieć, że byliśmy we wszystkich miejscach, jakie oferowała nam pani ekspedientka? Co prawda nie załapaliśmy się na obejrzenie panoramy miejskiej z wieży katedry, ale wszystko inne - jak najbardziej, a niektóre miejsca nie jeden raz.
Powiem inaczej - Gorzów jest miastem dość zadbanym. Trochę przerażały mnie wszędobylskie wielkie kontenery na śmieci stojące na chodnikach. Nie powiem, aby do przyjemnych rzeczy należało przechodzenie obok, chociażby ze względu na "zapach". Nie wiem, czy to tak na co dzień, czy był to dzień wielkich porządków w mieście.
Muszę jednak przyznać, że stolica województwa lubuskiego jest dla mnie zagadką. Czystość i zagospodarowanie centrum miasta oraz ciekawe rozwiązania typu punkt widokowy na środku ronda, przypominają mi zadbany Rzeszów. Piękne kamienice, zarówno te odrestaurowane, jak i te czekające na odnowienie, przeniosły mnie myślami do Białegostoku. Bryła katedry jednak momentalnie przywołuje mnie na ziemię, a dokładnie na ziemie zachodnie, gdzie gotyk jest nieśmiertelny.
Miło spędziliśmy czas, w czym palce maczała matka natura, dając nam ładną pogodę. W końcu nie było deszczu, było całkiem ciepło i wyjazd można zaliczyć do udanych i przyjemnych. Jednak rada dla tych, którzy by się tu wybierali - 7 godzin to zdecydowanie za dużo. Lepiej zaplanować sobie 3-4 godziny na Gorzów, a później pojechać pociągiem do Kostrzyna nad Odrą, gdzie także można zobaczyć parę ciekawych miejsc, np. fortyfikacje Twierdzy Kostrzyn i wypełnić czas.

Brawa za wytrwałość. Zatem - aby tradycji stało się zadość - bileciki :)
Mini bilet turystyczny na wszystkie połączenia Przewozów Regionalnych. Bilet relacji Szczecin-Krzyż na InterRegio ma Tomek. Dwa bilety ulgowe na tramwaj udają, że są jednym biletem normalnym. Natomiast bilety do Muzeum gdzieś przesiałam, ale był to zwykły paragon, więc nie ma się czym chwalić :P

12 komentarzy:

  1. Wiesz, byłam w Gorzowie wiele lat temu, mam z tym miastem sporo wspomnień mocno nacechowanych emocjonalnie, ale miałam wrażenie, że jest bardzo chaotyczne i nudne. ( a już przejechać przez Gorzów samochodem.... nim wybudowano obwodnicę- gehenna) .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciągi komunikacyjne w tym mieście są dla mnie wręcz niebezpieczne - miałam momentami wrażenie, że samochody jeżdżą jak chcą, bez żadnego ładu. Na szczęście większość przejść dla pieszych była sterowana sygnalizacją świetlną, więc ryzyko nieopatrznego wejścia pod znienacka nadjeżdżający samochód spadała do zera. Za to studzienki jakoś niebezpiecznie na nas zęby ostrzyły, ale tym razem musiały obejść się smakiem... ;)

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Trochę też, pewnie przez rzekę i barkę :D

      Usuń
  3. Z tego co widzę Gorzów to ciekawe miasto i ma dużo do zaoferowania. trochę mi szkoda, bo jeszcze tam nie byłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście, jest to całkiem fajne miasto, które warto odwiedzić, nawet będąc tylko przejazdem - zajrzeć na rynek, przejść się bulwarem :)

      Usuń
  4. A na Placu Grunwaldzkim znajduje się kapsuła czasu gdzie na 100 lat schowano pamiątki dzisiejszych czasów dla przyszłych pokoleń. I faktycznie - Gorzów ma świetne parki. Następnym razem proponuję zrobić sobie spacer wzdłuż Warty aż do jej ujścia. Piękne widoki dla lubiących przyrodę. Kamienice w okolicach Parku Grunwaldzkiego kryją w sobie historię i można trafić na fajne rarytasy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam na blogu :) Dziękuję za wizytę i wskazówki, zapamiętam i mam nadzieję, że uda mi się je wykorzystać. Park Narodowy Ujście Warty czeka na odkrycie :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  5. Niestety w Gorzowie Wielkopolskim zawsze byłam przejazdem:( O Szymonie czytałam całkiem nie dawno na innym blogu i jestem zachwycona tą postacią. Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to czas się zatrzymać i chociaż przespacerować się bulwarem nadwarciańskim. Warto :)

      Usuń
  6. Oglądam zdjęcia, oglądam i nie mogę się nimi nacieszyć! A co może najdziwniejsze, moim faworytem jest zdjęcie numer 1 - napis uchwycony w mistrzowski sposób. Świetny obiektyw i świetne oko!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Savo, a to było jedno z tych zdjęć, które miały nie ujrzeć światła dziennego :D
      Dziękuję!

      Usuń

Twoja opinia jest dla mnie bardzo ważna. Dziękuję :)

Obserwatorzy